W tym właśnie sęk, że Czas nie znosi, aby go zabijano. Gdybyś była z nim w dobrych stosunkach zrobiłby dla Ciebie z twoim zegarem wszystko, co byś tylko chciała.

Lewis Carroll "Alicja w Krainie Czarów"

Podrze

Motala rowerem, 25 kwietnia 2009

Dziś niedziela, więc można odpocząć i lizać rany po wczorajszym...

Piękna słoneczna pogoda sprowokowała nas do wyjazdu za miasto.

Pojechaliśmy więc w szóstkę do Motali sprawdzić wodę w jeziorze Vättern. Oczywiście korzystając z pogody skorzystaliśmy z rowerów. Przygotowania trwały kilka dni, ja osobiście swoją "chińszczyznę", jaką dysponuję w tym roku, rozkręciłem i skręciłem kilka razy, żeby nie zrobiła mi jakiejś niespodzianki dziesięć kilometrów od domu w drodze powrotnej. No i mimo moich starań niewiele brakowało, abym wracał te 10 kilometrów piechotą. Ale o tym później.

Motala jest oddalona od Linköping o około 40 kilometrów. 40 kilometrów asfaltem wioskami, z której to drogi planowaliśmy skorzystać jadąc z powrotem wykorzystując brak wiatru i planując oglądanie wszystkich średniowiecznych "kyrek" po drodze. Rano jednak pojechaliśmy wzdłuż Kanału Gotajskiego wykorzystując szutrową drogę tuż przy nim, poczynając od śluz w Bergu.

Wydawało nam się to dobrym rozwiązaniem, gdyż wiatr wiał lekko z przodu, a po szutrach z pewnością łatwiej się jedzie, gdy jest się mniej zmęczonym. No i na szutrach łatwiej o przebite koło lub inne uszkodzenie maszyny, więc jest jeszcze czas na jej naprawienie bądź zostawienie nieszczęśliwego delikwenta w polu i kontynuowanie trasy w pomniejszonym gronie. Wieczorem to już nie wchodzi w rachubę. Jest jeszcze jedna zaleta: droga wiedzie tuż przy kanale, wręcz na nasypie, więc równiutko z lustrem wody. Jechaliśmy więc po zupełnie płaskim terenie zostawiając sobie pokonywanie niemałych tu górek na koniec dnia.

Tempo mieliśmy iście spacerowe, choć przy kanale nie ma za bardzo czego oglądać. Z najciekawszych rzeczy podziwiać można rozwiązania konstruktorów: mosty na kółkach zbudowane w początkach XIX wieku (konstrukcje są sprawne po dziś dzień i wykorzystywane do przepuszczania jachtów i statków pasażerskich na kanale) oraz wiadukty. Wiadukty, jak wiadukty. Można powiedzieć - nic ciekawego. Ale to, że kanał płynie górą, a droga wiedzie dołem, to szacunek dla budowniczych. W jednym miejscu wyglądało tak, jakby pod kanałem płynął nawet... strumyk. Niestety, obecnie był wyschnięty.

Takim spacerowym tempem dojechaliśmy do Borensbergu, gdzie nad jeziorem Boren zatrzymaliśmy się na śniadanie. Borensberg jest malowniczym miasteczkiem. Położone tuż nad kanałem służy wraz ze swoim zabytkowym drewnianym hotelem "Göta Hotel" za miejsce letniskowe. Pomaga w tym również duża ilość kempingów nad jeziorem. Mimo że to dopiero kwiecień, o miejsce na kempingach na weekend nie jest łatwo.

Dalej już drogą krajową 34 dostaliśmy się do Motali, gdzie pojechaliśmy prosto na śluzy. Pojedyncze stopnie są potężne. Strach podejść pod krawędź kanału, a brak wody potęgował tylko wrażenie. Wystarczy porównać sylwetkę człowieka na drugim zdjęciu z wysokością choćby jednego progu. Ogólnie kanał jest jeszcze opustoszały. Nie ma jachtów, statków, przystanie jachtowe świecą pustkami. Sezon tutaj zaczyna się w drugiej połowie maja. Nie przeszkadza to jednak grillującym nad jeziorem Vättern. Oni sobie grillowali, a my pojechaliśmy na drugi koniec miasta na najdłuższą plażę w tej części Szwecji.

"Motala Plaza", jak ją nazwaliśmy roboczo, ma około trzech kilometrów długości. Jezioro jest tak olbrzymie, że nie widać drugiego brzegu, a plaża i brzeg jest piaszczysty. Czuliśmy się jak nad morzem. Gdzieniegdzie wzdłuż plaży można było zaobserwować kapiące się dzieci, więc niewiele myśląc również postanowiliśmy sprawdzić temperaturę wody. Test wyszedł niepomyślnie, przynajmniej dla mnie. Pięć stopni jak na kąpiel, to dla mnie trochę za mało. Zająłem się więc spisywaniem notatek i uzupełnieniem braków energetycznych w organizmie w czasie gdy, a i owszem, chłopaki korzystali z pierwszej w swoim życiu kwietniowej kąpieli w drugim co do wielkości szwedzkim jeziorze.

Błogie leniuchowanie przerwała nam konieczność powrotu do domu. W tą stronę licznik rowerowy wskazał 62 kilometry i podobnej odległości spodziewaliśmy się w powrotnej drodze, bo jak już wspomniałem, zamierzaliśmy obejrzeć jeszcze kilka miejsc. Zaczęliśmy od miasta Motala, tutejszej "kyrki", muzeum motoryzacji i deptaka nad kanałem.

Wyjazd z miasta nie był najgorszy. Po wjechaniu na potężną górę puściliśmy się w dół korzystając z braku wiatru i "za darmo" przejechaliśmy około trzech kilometrów. Później niestety było coraz gorzej. Wiatr pojawił się nie wiadomo skąd i nie dość, że był coraz silniejszy, to jeszcze do tego coraz bardziej zmieniał kierunek na czołowy. Dopóki był z boku, próbowaliśmy ratować się jadąc sposobem kolarskim "na harmonijkę". Sposób sprawdzony i dobry, ale na publicznej drodze niezbyt bezpieczny. Podzieliliśmy się więc na dwójki. W tym czasie gdy jeden odpoczywał wioząc się "na kole", jego towarzysz pracował w pocie czoła "na przodku". W takich warunkach cierpiały oczywiście rowery i nam też nie było łatwo, szczególnie że walczyliśmy również ze zbliżającą się nocą. No i nie obyło się bez przygód. Michał w przedziwny sposób na asfalcie wbił do swojej opony centymetrowego kolca, musieliśmy więc zająć się naprawą koła. Trzeba przyznać, że zrobiliśmy to w czasie kwalifikującym się do zatrudnienia nas w niejednym teamie F1. Żartowaliśmy, że niektórzy nasi rodacy w tym czasie zdążyliby jeszcze przebić numery silnika i przemalować bolid.

Z supportu w moim rowerze dobiegały coraz głośniejsze trzaski, a tego już nie miałem możliwości naprawić po drodze. Pozostawało tylko się modlić, żeby ta chińska myśl techniczna dowiozła mnie jak najbliżej domu.

Spaleni słońcem, piekielnie zmęczeni, ale również bardzo zadowoleni, po 120 kilometrach pedałowania dotarliśmy przed zmrokiem. Kilka dni odpoczynku i długi weekend. Jak sprzęt będzie sprawny i zdrowie pozwoli sprawdzimy trasę dookoła jeziora Roxen. Zastało mi tam jeszcze kilka punktów do obejrzenia z zeszłorocznej wyprawy.

Podziękowania dla Witka, Grześka, Michała, Kamila i Andrzeja za wspólną podróż.

Inne relacje
Polska
Okolice Przedborza 2020, Potęga Prasy 2008-2015, Jasna Góra, 2000-2009, Pomorze Zachodnie, sierpień 2008, Ochodzita 2007, Beskidy 2006, Oświęcim 2006, Niesulice 2006, Miejsca z delegacji 2000-2007, Sulechów 2005, Rewal 1998-2005, Karpacz 1993
Szwecja
Czekając na wiosnę 2019, Femundsmarka i Fulufjället 2016, Gränna 2012, Örebro 2012, Höga Kusten 2012, Szwecja 2011, Szwecja 2010, Uppsala, kwiecień 2009, Motala rowerem 2009, Östergötland 2009, All along the watchtower, Sztokholm, 12 lipca 2008, Dookoła jeziora Roxen, 19 lipca 2008, Ecopark Omberg, 5 lipca 2008, Vadstena, 21 czerwca 2008, Ekenäs Slott 10-11 maj 2008, Östergotland 2008
Inne
Pijana wiśnia, czyli Lwów po latach, grudzień 2018, Stuttgart wiosenny i gorący, czerwiec 2015, Der "Schwäbische Grand Canyon", czerwiec 2015, Stuttgarckie Winnnice, czerwiec 2015, Jezioro Bodeńskie, maj 2015, Kopenhaga, wrzesień 2012, Tallin, wrzesień 2011, Wiedeń, sierpień 2011, Turku, czerwiec 2010, Ukraina, marzec 2010, Lviv, styczeń 2010, Ukraina zachodnia, październik 2009, Lwów, wrzesień 2009, Helsinki 2009, Litwa, maj 2008, Wiedeń i Morawy 2006, Ahlbeck 2003