W tym właśnie sęk, że Czas nie znosi, aby go zabijano. Gdybyś była z nim w dobrych stosunkach zrobiłby dla Ciebie z twoim zegarem wszystko, co byś tylko chciała.

Lewis Carroll "Alicja w Krainie Czarów"

Podrze

Östergötland 2008

  • Linköping, moje tymczasowe miejsce
  • Norrköping, żółte miasto
  • Szwecja to dla mnie coś nowego. Warszawa pożegnała mnie chmurami, nad Bałtykiem było takie czyste niebo, że można było obserwować przepływające statki, Szwecja przywitała mnie śniegiem i zimową aurą. No i tutaj pierwsze spostrzeżenie: ludzie się tym wcale nie przejmują, chodzą bez szalików i czapek...

    Pociągi są zupełnie inne niż w Polsce. I pod względem szybkościowym i pod względem jakościowym. Kolej SJ oferuje swoim pasażerom wygodne siedzenia i klimatyzację zarówno w pierwszej jak i w drugiej klasie oraz dostęp do Internetu - w pierwszej klasie w cenie biletu, w drugiej za opłatą.

    Wrażenia z jazdy? Na pewno większe byłyby, gdybym jechał ze Sztokholmu za koło podbiegunowe, a nie do Linköping, ale też były niezłe: w większości za oknem pojawiały się lasy i jeziora. I bardzo, ale to bardzo rzadko miejscowości. A należy wspomnieć, że jest to ta bardziej zaludniona część Szwecji. Ceny wysokie. Bilet z lotniska Arlanda do Linköping kosztuje 400 SEK (w przeliczeniu na polskie około 150 złotych).

    Skóry reniferów są wszędzie: na lotnisku, w sklepach, dworcach autobusowych. Są piękne, i chyba sobie jedną sprawię. Koszt: 800 koron.

    Linköping oglądałem na razie tylko z okna autobusu miejskiego (kierowca pod krawatem, nie odgrodzony od pasażerów żadnymi wymyślnymi kratkami czy innymi blachami, jak to bywa w polskich środkach transportu miejskiego).

    Nie spotkałem jeszcze Szweda, który nie rozmawia po angielsku.

    Telewizja - większość filmów prezentowana jest w języku oryginalnym z napisami szwedzkimi, można więc spokojnie utrwalać swój język angielski lub... uczyć się szwedzkiego.

    Linköping - moje tymczasowe miejsce.

    Miasto to jest na polskie warunki prawie miasteczkiem, ale w Szwecji jest piątym co do wielkości, a zarazem stolicą hrabstwa i diecezji. Znane jest również z uniwersytetu i parku naukowego, gdzie siedzibę ma między innymi Ericsson - jedna z bardziej znanych marek na Świecie.

    Słowa "duży" i "daleko" nabierają tu zupełnie innego znaczenia. Droga z dzielnicy Lambohov do centrum Linköping zajęła mi na piechotę około godziny. Ponieważ poszedłem w poszukiwaniu jakiegokolwiek dostępu do Internetu, miasto oglądalem jak gdyby "przy okazji".

    Dotarłem do katedry.

    Nie było to zbyt trudne, gdyż jej 107-metrowa iglica widoczna jest z każdej części centrum miasta. Kościół powstał w 1232 roku, a swój obecny kształt zawdzięcza przebudowie w 1520 roku. Trzeba przyznać, że robi wrażenie zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz. Wszystkie elementy tutaj wykonano z miejscowego, ręcznie rzeźbionego wapienia, a w pracach brali udział kamieniarze z całej Europy. Najpóźniej dodano dodano dzwonnicę i wschodnią fasadę, ukończono je w 1885 roku. Dzisiaj budowla zwraca uwagę doskonale utrzymanymi proporcjami i łączy różne style architektoniczne, od romańskiego po gotycki. Na uwagę zasługuje piękny południowy portal z rzeźbami o tematyce biblijnej, które wieńczą drzwi ze zdobieniami o motywach geometrycznych, zdradzających wpływy mauretańskie.

    Z katedry przez park Domkyrkoparken dotarłem do biblioteki. Biblioteka, trzeba powiedzieć, robi wrażenie. Jest tak duża ja średniej wielkości centrum handlowe w polskim dużym mieście. Oprócz tego znajduje się w niej centrum informacji turystycznej i kawiarnia z dostępem do Internetu.

    Centrum miasta można powiedzieć, że zaczyna się katedrą, a kończy białym kościołem pw. Św. Larsa. Niedaleko tego kościoła znajduje się sklep sieci System Bolaget, kto był w Szwecji ten wie jak ważne są to sklepy na tym terenie.

    Idąc dalej w tym kierunku dochodzimy do Kinda Kanal łączącego jezioro Asunden z jeziorem Roxen, a który mylnie nazywany jest przez niektórych turystów Göta Kanal. A Göta Kanal przez Linköping po prostu nie płynie. Na Kinda Kanal zbudowano siedem śluz, z których największa ma ponad 15 metrów wysokości. Umozliwiają one statkom pokonać osiemnaście metrów różnicy poziomów. Do tej pory udało mi się zobaczyć dwie z nich:

    Tannefors o wysokości 10,5 metra...

    ...oraz Hackefors o wysokości 6,8 metra. Muszę przyznać, że stojąc na samym skraju niczym niezabezpieczonej śliskiej kamiennej ściany śluzy, nie czułem się zbyt pewnie mimo że nigdy nie miałem lęku wysokości.

    Po kanale w sezonie pływają statki wycieczkowe, widoki są urocze a przyjemność z wycieczki niesamowita - sprawdzę to sobiście w sezonie - przynajmniej mam taką nadzieję. Więcej zdjęć z wycieczki do Tannefors i Hackefors znajduje się tutaj.

    Aby obejrzeć śluzy na Kanale Göta trzeba jechac do miejscowości Berg nad jeziorem Roxen. Kanał był niegdyś ważnym szlakiem komunikacyjnym. Począwszy od 1832 roku transportowano tędy drewno i żelazo pomiędzy Sztokholmem, a Göteborgiem, a sto lat później na trasę wyruszyły również statki wycieczkowe. Jadąc z Linköping do Motali w pewnym momencie przejeżdża się pod wiaduktem, który opisany jest właśnie jako "Kanał Göta". No muszę powiedzieć, że jezeli rzeczywiście tam do góry jest kanał, to szacunek dla szwedzkich konstruktorów... W sumie na kanale, który budowało prawie 60 tys. ludzi przez 22 lata znajduje się 58 śluz niwelujących różnicę poziomów wynoszącą 92 m.

    Dni w środku marca w środkowej Szwecji są jeszcze dość krótkie, więc nie ma za dużo czasu na zwiedzanie, szczególnie rowerowe. tym bardziej się cieszę, że wykorzystałem pogodę i pojechałem do Berga nad jezioro Roxen, szczególnie, że następnego dnia, gdy to właśnie opisuję, sypie śnieg i jest mróz. Pogoda zmienna jak to w marcu.

    Co można zobaczyć w Bergu?

    Po pierwsze klasztor Vreta, czyli po szwedzku Vreta Kloster. Niestety oficjalna strona nie ma tłumaczenia na bardziej przyjazny turystom język i bądź co bądź muszę w końcu bardziej przysiąść do tego barbarzyńskiego języka ;), żeby cokolwiek zrozumieć. Opisy na tablicach dla zwiedzajacych są, całe szczęście, również po angielsku, więc dowiedziałem się między innymi, że...

    ...Vreta Kloster był najprawdopodobniej zbudowany w 1110 roku i w pierwszej połowie średniowiecza był najbardziej rozpoznawanym żeńskim klasztorem w kraju. Na początku XII wieku została zbudowana krypta (kaplica pogrzebowa) dynastii Stenkil, niezwykły architektonicznie okrągły budynek z freskami. Tak zwana kaplica Magnusa Nilssona została prawdopodobnie dobudowana w XIII wieku.

    Jego aktywność zakończyła się wraz z konfiskacją przez Koronę w czasie reformacji, a budynki ulegały stopniowemu zniszczeniu.

    Od 1663 roku w rodzinnej krypcie spoczywa Marshall Robert Douglass, właściciel posiadłości Stjärnorp razem z synami i późniejszymi dziedzicami aż do dzisiejszego dnia.

    Przez wieki wygląd i wnętrze koscioła zmieniało się, ale przeprowadzona w latach 1914-1917 przez Sigurda Curmana, Narodowego Kustosza Zabytków, restauracja przywróciła klasztorowi średniowieczny wygląd.

    Mam nadzieję, że nie odbiegłem wiele w tym tłumaczeniu od tekstu źródłowego, który, jak i również inne fotografie z tego klasztoru można znaleźć w tej galerii.

    Metalowe śluzy i zwodzone mosty na kanale Göta w Bergu robią jeszcze większe wrażenie niż te na Kinda Kanal w Linköping. Szczególnie gdy spojrzy się na nie z samego dołu od strony jeziora. Nie udało mi się jednak zobaczyc ich wszystkich, od głównej drogi trzeba jechać w lewo, i gdy juz myślałem że dojechałem do końcowej tamy - swoją drogą też nie najmniejszej, okazało się że kanał za nią jest... suchy. Do następnej tamy w zapadającym szybko wczesnowiosennym zmroku nie zdecydowałem się juz jechać. Może następnym razem.

    Więcej zdjęć w galerii.

    Samo jezioro jest piękne. Teraz jest puste i bardzo spokojne, ale w sezonie zapewne tętni życiem, a statki spływające kanałem do jeziora robią fururę wśród przyjezdnych.

    Hamra i Hovetorp

    W kwietniu korzystając z pięknej wiosennej pogody wybraliśmy się z Witkiem obejrzeć tamy na południe od Linköping. Konkretnie chodziło o śluzy Sturefors (3,2 m), Hamra (8,9 m) i Hovetorp (15,8 m).

    Ponieważ pojechaliśmy drogą wprost na południe, po przejechaniu bajkowego miasteczka (może wioski) Sturefors, które wyglądało jak żywcem wyjęte z bajki, pierwszą napotkaną przez nas śluzą była Hamra.

    Wysokość w porównaniu do śluz w Bergu być może jest niewielka (niecałe 10 metrów wysokości), mimo to śluza robi niesamowite wrażenie. Kanał w tym miejscu jest wąziutki, część górna jest ułożona ze skalnych bloków, ale samo dno widać, że jest wyżłobione w skale. Domyślam się, że do żłobienia koryta użyto niemałej ilości materiałów wybuchowych... Po prostu strach patrzeć w dół. Zdjęcia niestety nie oddają tego klimatu, trzeba te dziury po prostu obejrzeć osobiście. Nad samym brzegiem odczuwa się tak niesamowity lęk wysokości, że nie jestem w stanie określić takiego innego miejsca. To jest wielka, kamienna i mokra dziura, z której nie ma szansy wyjścia.

    Piechotą przeszliśmy się malowniczą ścieżynką nad kanałem do kolejnej śluzy. Po niecałych dziesięciu minutach marszu Hovetorp ukazała nam się w całej okazałości. Jest dużo wyższa niż Hamra, ale położona zupełnie inaczej i nie robi już takiego wrażenia jak ona. Zamiast tego oferuje inne widoki: po przejściu wszystkich progów dochodzimy do portu, skąd mamy już bardzo ładny żeglowny kawałek kanału aż do samego jeziora Stora Rängen. My wybraliśmy na naszej trasie jednak inne jezioro: Ärlangen, a przy nim kolejną śluzę - Sturefors.

    Nad jeziorem znajduje się malowniczo położony pałac wraz z ogrodem i mauzoleum na szczycie góry. Pałac został zbudowany w 1704 r. przez pochodzącego ze Starlsundu Nicodemusa Tessina Młodszego, przy współpracy Görana Josuae Adelcrantza. Tyle udało mi się dowiedzieć. Do kogo teraz należy, nie wiem, ale nie wygląda na niezamieszkany. W bezpośrednie okolice pałacu nie można podjechać - teren oznaczony jest jako prywatny. Zwiedzać można do woli natomiast położony przy pałacu park, w którym rosną sam-nie-wiem-iluletnie dęby i ...żonkile. Tak, tak, żonkile rosną sobie dziko w parku na trawie i wołają: zetnij mnie do wazonu. I nikt ich nie tnie jakoś, żeby sprzedać na rynku. Ot taka kolejna szwedzka ciekawostka.

    W parku jest również góra, a na szczycie tej góry stoi mniejszy pałacyk. Dziwiliśmy się trochę, co to takiego, ale nasza ciekawość rozwiała sie, gdy zobaczyliśmy za szklanymi drzwiami spokojnie stojące sobie urny. Wygląda na to, że duch murgrabiego Nikodemusa dogląda swojej posiadłości... Trzeba powiedzieć, że ma z tego miejsca piękny widok na pałac, jezioro i okoliczne lasy oraz wioski.

    Więcej zdjęć w tej galerii

    W centrum Linköping...

    ...znajduje się także skansen staromiejski Gamla Linköping. Składa się on z trzech części: zabudowy miejskiej z początku 20 wieku, rezerwatu przyrody Vallaskogen i części zabudowy wiejskiej Valla wraz z muzeami, która ciągnie się aż po budynki uniwersytetu. Cały ten krajobraz daje nam poczucie cofnięcia się w czasie. Budynki przemieszczano tutaj z innych części miasta. Można zajrzeć do banku oraz wysłać kartkę na poczcie, iść do karczmy, wejść do sklepu z czekoladą no i przede wszystkim kupić pamiątki związane ze Szwecją. jest to idealne miejsce na spacery. Przynajmniej dla mnie.

    W Malmen, siedzibie pierwszej szwedzkiej szkoły lotniczej, aktualnie na obrzeżach Linköping, utworzono Muzeum Szwedzkich Sił Lotniczych Flygvapenmuseum. Tyle złomu lotniczego zebranego w jednym miejscu jeszcze nie widziałem. Zwiedzanie tego muzeum było dla mnie prawdziwą frajdą, już nie muszę mówić jaką radochę ze zwiedzania mają dzieciaki.

    Jeżeli jesteśmy już przy muzeach, to warto wspomnieć o Länsmuseum.

    Länsmuseum nie jest duże, jak na muzeum poświęcone historii całego regionu, który wcale nie jest taki mały, a i historię miał ciekawą (między innymi warto wspomnieć, że pod Linköping wojska Zygmunta III Wazy przegrały bitwę w 1598 roku, a sam król dostał się do niewoli. Tablica poświęcona tej bitwie znajduje się na rynku). Pomijając czasowe wystawy w muzeum, jak na przykład "zmechanizowane rodzynki", przedstawiona jest historia Östergötland od najwcześniejszych czasów do dziś. Klimat jest fajny i pewnie gdyby nie notoryczny brak czasu spedziłbym w tym miejscu nie dwie, a cztery godziny. Co ciekawego można zobaczyć? Między innymi wystawę malarstwa szwedzkiego z od XVI do XX wieku, aczkolwiek według przewodnika Pascala do najpilniej strzeżonych sekretów miasta należy mało znana kolekcja obrazów autorstwa Petera Dahla, która podobno znacznie więcej mówi o XVIII-wiecznym społeczeństwie Szwecji niż największa wystawa etnograficzna. Myślę, ze wybiorę się tam wkrótce, bo jakoś czuję pewien niedosyt po tym muzeum, szczególnie, ze wszystkie opisy eksponatów sa w języku barbarzynskim - darmo szukać czegoś po angielsku. Również można obejrzeć film poświęcony tej części Szwecji, zajrzeć do zminiaturyzowanych chat, obejrzeć stroje i narzędzia z poszczególnych epok. Do ciekawszych eksponatów można zaliczyć elementy wyposażenia katedry Domkyrka sprzed reformacji, między innymi drewniany rzeźbiony ołtarz. Mam wrażenie że wszystkie te muzea, czy to muzea w Polsce, czy w innej części Europy, projektowane są na jedną modłę. Gdyby porównać to muzeum z muzeum w moim rodzinnym Wieluniu, to wielkich różnic nie znajdę. Ale może to tak ma być, a w zasadzie ja nie moge sprecyzować wymagań co do takiego centrum bądź co bądź naukowego. Może powinno być dostępnych więcej informacji o regionie, a może ja ich po prostu nie znalazlem.

    Idąc przez Linköping nie sposób nie zwócić uwagi na architekturę. Specyficzną urodę mają oszklone budynki i bloki mieszkalne nad brzegiem Kinda Kanal w centrum miasta. Mając salon na dziesiątym piętrze można godzinami patrzeć na panoramę Linköping sącząc drinki... Ciekawe jest też to, że nie ma tu zwyczaju wieszania firanek w oknach, ale jakoś nie zauważyłem, żeby ludzie sobie w okna zagladali. No i te specyficzne drewaniane domki... Widok jak z bajki.

    Troszkę oddalona od centrum miasta jest dzielnica Berga. Znana jest ona z rozsądnego i przeprowadzanego w zgodzie ze środowiskiem naturalnym zagospodarowania przestrzeni. W centrum dzielnicy znajduje się góra, jedna z wielu kamiennych górek w Linköping, a zarazem jedna z większych, na której znajduje się tak zwany "Skulpturpark" i, jak sama nazwa wskazuje, jest miejscem, gdzie znajdziemy sporo rzeźb i innych pomników. Ciężko jest o nim znaleźć jakiekolwiek informacje, chociażby w Internecie, ale myślę że może to być cel jednej z wycieczek po mieście. Wszystko oczywiście w leśnej scenerii - i znowu mamy las w środku miasta. U podnóża góry znajdziemy rzeźbę Moder Svea wykonaną przez Alfreda Nyströma. Moder Svea jest symbolem narodowym Szwecji i do lat sześćdziesiątych znajdowała się nawet na monetach. Przedstawiana jest w wielu formach. Ta w Linköping posiada na przykład własnego lwa...

    Kamienie runiczne

    Będąc w Skandynawii ciężko nie spotkać się z tematem tak zwanych kamieni runicznych. Co to takiego jest? Cytujac Wikipedię: "Kamień runiczny to kamień z powierzchnią, na której wyryte zostały przez rytownika runy". I dalej: "Kamienie runiczne występują przede wszystkim na terenie Szwecji...". Szukając dalej informacji wyczytałem, że w Ostergötland jest ich 365. No to nie ma takiej możliwości, żeby w Linköping nie było ani jednego.

    Zabrałem się więc za studiowanie map i naliczyłem ich sześć. Rozlokowane są w lasach południowej części miasta, w dzielnicach Berga i Ekholmen, ale nie dam sobie ręki uciąć, że to wszystkie. Na razie udało mi się trafić do jednego, co nie jest wcale takim łatwym zadaniem. Kamieni i skał w lasach i na polach jest mnóstwo i każdy z nich potencjalnie może być kamieniem runicznym...

    Więcej o historii kamieni runicznych można dowiedzieć się na przykład z tej strony.

    Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że one po prostu są. Nie są oblegane przez turystów, nie ma do nich wycieczek autokarowych, i nie pobiera się opłat za ich oglądanie, w czasach, kiedy biały człowiek próbuje zarobić na wszystkim, co tylko jest starsze niż sto czy dwieście lat. W dobie aparatów cyfrowych robi się zdjęcia wszystkiego nawet kosztem przyjrzenia się temu na żywo. Zauważyłem to również podczas oglądania okrętu "Waza" w Sztokholmie, gdzie zupełnie nie ma warunków do robienia zdjęć z powodu braku wystarczającego światła, a zwiedzający pstrykają fleszami na lewo i prawo, w ogóle nie zwracając uwagi na to, co historia stara się nam przekazać. Najważniejsze jest pochwalić się przed znajomymi: "O, zobacz byłem w Sztokholmie i widzialem "Wazę". Wiesz, ten statek co go z morza wyciągnęli i wstawili do muzeum". Ludzie w zachodniej Europie nauczyli się zarabiać na zabytkach i nawet z kamienia potrafią zrobić atrakcję turystyczną ogrodzoną płotkiem, a niedaleko wybudowany zostaje parking dla autokarów. Na północy na razie tak nie ma. Jak długo? Nie wiadomo.

    Żółte miasto Norrköping

    Czterdzieści parę kilometrów na północny wschód od Linköping leży Norrköping - drugie pod względem wielkości miasto Östergötland. I o ile Linköping jest miastem inteligenckim, uniwersyteckim, o tyle Norrköping to miasto robotnicze. W moim odczuciu jast to taka Łódź w pigułce. Z tą różnicą, że w Łodzi jak fabryki upadły, to nikt się nimi nie zajmował i popadały w ruinę. A tutaj, chociaż wiekszość fabryk poupadała już do lat osiemdziesiątych, to samorząd wziął sprawy w swoje ręce i zrobił z nich obiekty turystyczne w dziesięć lat, czyli kiedy samorząd łódzki nawet nie śnił o planach zagospodarowania Manufaktury Poznańskiego, nie wspomnę nawet o Księżym Młynie.

    Fabryka papieru Louisa de Geera jest odnowiona, w głównym budynku znajduje sie teraz muzeum pracy, w którym wystawy są aż na siedmiu piętrach. Ledwie udalo mi sie wydostać z tego muzeum, to już mnie coś wciągnęło do położonego pięćdziesiąt metrów dalej muzeum miejskiego. Tutaj wystawy były tylko na czterech piętrach, ale jak dla mnie są o wiele ciekawsze - przedstawiają życie robotniczego miasta, są tu elementy wyposażenia starych fabryk, miedzy innymi potężne kotły parowe i całe maszyny szwalnicze. No i poza tym trochę wystaw historycznych, jak to ludzie kiedyś żyli i mieszkali, czyli tzw. muzealny standard. I wszystko "for free". Część budynków fabrycznych wykorzystano na potrzeby nowej filii uniwersytetu w Linköping.

    Zaciekawiło mnie, że większość budynków w mieście jest w kolorze żółtym, nawet tramwaje są w kolorze żółtym. Tak to miasto odwdzięcza się fabrykantowi, dzięki któremu się rozroslo. Był to po prostu jego ulubiony kolor.

    W ogóle architektura tego miasta odbiega znacznie od Linköping i, tak jak już wspomniałem, przypomina mi trochę architekturę łódzką, razem z żydowskimi fabrycznymi pałacami i budynkami dla robotników. Trzeba przyznać, że podoba mi się to miasto i pewnie przyjadę tu jeszcze nie raz dooglądać to, czego do tej pory nie zdążyłem, między innymi rycin naskalnych z 1500 roku p.n.e. i kurhanów Vikingów.

    Rolę ulicy Piotrkowskiej w Norrköping spełnia Drottninggatan, wokół ktorej skupione jest turystyczne i rozrywkowe życie miasta. Ulica prowadzi od dworca kolejowego poprzez Stare Miasto w kierunku muzeum sztuki współczesnej, przechodząc w brukowany deptak, co nie przeszkadza wcale, zeby po niej jeździły tramwaje. W pewnym momencie z trakcji dwutorowej robi się trakcja jednotorowa z mijankami, a tramwaje tylko potegują niesamowity klimat tego miasteczka.

    Jak już jestem przy zwiedzaniu miast, to na podstawie dwóch, no może trzech, bo Sztokholm też pobieżnie zwiedzałem, mogę powiedzieć, że tak zwaną gastronomię w tych miastach przejęli imigranci: Chińczycy i Arabowie. Szwedzi nie prowadzą restauracji, w których można coś w miarę tanio zjeść. Inaczej rzecz ma się z pubami: wszystkie, w których byłem, obsługiwane były przez Szwedów. Oczywiście barmani, jak to bywa w każdej części świata, podlegają zapewne przed przyjęciem do pracy operacji wyprucia układu nerwowego. Znaczy to tyle, że nie istnieje taka rzecz na świecie, która byłaby w stanie wyprowadzić ich z równowagi.

    Ważną instytucją w tutejszych miastach są biura informacji turystycznej. W każdym takim biurze możemy otrzymać mnóstwo informacji, od planu miasta poczynając, a kończąc na szczegółowych instrukcjach dotyczących wartych zwiedzenia miejsc. Udało sie komuś dostać darmowy plan miasta w Polsce? Bo mi nie...

    Więcej zdjeć z Norrköping w tej galerii

    Jeszcze raz Norrköping...

    Po ostatniej wizycie w kwietniu 2008 opisywałem Norrköping jako "żółte miasto", z zabudową fabryczną i mieszkalną podobną do Łodzi, zbudowane na potędze fabrykanta Louisa de Geera. Pisałem również, że nie wszystko w tym małym miasteczku da się zobaczyć od razu. Teraz przede wszystkim chciałem zobaczyć jedne z nielicznych zachowanych w Szwecji rytów naskalnych z nordyckiej epoki brązu. Znajdują się one w dzielnicy Himmelstalund kilka kilometrów na zachód od centrum miasta i mają się dobrze od około 3500 lat. Na jednym ze zdjęć udało mi się uchwycić uciekającego węża.

    Muszę wspomnieć jeszcze o kaktusach w Carl Johans Parku. Tuż przy dworcu, na który przyjechałem kolejnym poznanym środkiem transportu - czerwono-białym pociągiem komunikacji Östergötland. Z wyglądu podobny jest troszkę do naszych "żółtków" EN-57, ale tylko z wyglądu. Czterdziestopięciokilometrową trasę pokonał po cichu w raptem dwadzieścia trzy minuty...

    Semla

    Ostatki w Szwecji wiążą się z jednym przysmakiem: są to ciastka zwane "semlor". "Semla" jest tradycyjnym ciastkiem w Finlandii, Szwecji, Norwegii i Estonii kojarzonym z Wielkim Postem, a przede wszystkim z ostatkami, coś takiego jak u nas Tłusty Czwartek z pączkami. Nazwa pochodzi z łacińskiego, była używana dla określenia najlepszej jakości pszennej mąki. Jest to bułka podzielona na dwie części, w środku wypełniona marcepanem z makiem (tak mi się wydaje) i przedzielona bitą śmietaną. Bardzo słodka - pierwsza smakuje wyśmienicie, druga już lekko mdli...

    A herbata...

    ...waniliowa smakuje fatalnie. To taki przerywnik :)

    Podróżowanie autobusami miejskimi

    Nowościa również dla mnie jest fakt, ze za bilet można zapłacić SMSem i że do autobusu wchodzimy przednimi drzwiami, a wysiadamy środkowymi i tylnimi. Kierowca w zasadzie zawsze sprawdza bilety. Do tej pory nie wiem, czy istnieje tu instytucja tzw. "kanara".

    Podróżowanie rowerami...

    ...jest powszechne. Rowery są wszędzie: przy domach, blokach, restauracjach, miejscach pracy, sklepach, po prostu wszędzie. Jest ich tak wiele przede wszystkim z tego powodu, że jest gdzie nimi jeździc. Całe miasto pokryte jest siecią ścieżek rowerowych, o czym w Polsce możemy jak na razie tylko pomarzyć. Co więcej, większość rowerów nie jest zamykana, zostawiane są nawet na przystankach komunikacji miejskiej. Po prostu są częścią tutejszego systemu transportowego. I jakoś nikt ich nie kradnie.

    Birka Paradise

    22-godzinna podróż statkiem Birka Paradise ze Sztokholmu do Mariehamn jest dla Szwedów (i nie tylko) oderwaniem od codzienności. Ceny alkoholu w Szwecji są wysokie więc dużo ludzi decyduje sie na imprezę w strefie, gdzie alkohol jest dużo tańszy i dyskoteki wliczone są w ceny biletów. Wycieczki nastawione są przede wszystkim na zabawę i zakupy w sklepie bezcłowym, przynajmniej zimą, kiedy większość czasu podróży przypada na noc. Latem pewnie wygląda to zupełnie inaczej i imprezy z sal zamkniętych przenoszą się na otwarte pokłady, skąd rozciągają sie piękne widoki na szwedzkie i finskie wysepki. Niemalże na każdej takiej wyspie (niektóre są wielkości małej polany w lesie) są jakieś zabudowania - czy to stałe czy letniskowe. Kraina wymarzona dla wędkarzy i ludzi lubiących spokój, w sam raz na weekend za miastem.

    Birka Paradise nie jest jedynym statkiem oferującym takie wycieczki - minęliśmy ich po drodze całkiem sporo, w zasadzie wszystkie płyną podobnym kursem.

    Był to dla mnie tez pierwszy rzut oka na Sztokholm.

    Sztokholm jest ładnym miastem, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że sztokholmska starówka podoba mi się bardziej niż wiedeńska. Ale oczywiście jest to pojęcie względne. Na pewno w Wiedniu jest zdecydowanie mniej wody, w zasadzie tylko Dunaj, który do tego jest jeszcze obrócony o 90 stopni w stosunku do swojego źrodłowego koryta, bo coś im tam nie pasowało w zabudowie. Sztokholmu nie widziałem za dużo, więc muszę się tam koniecznie wybrać jescze raz na zdecydowanie dłuższą niż godzinną wycieczkę. To co dało się zauważyć, to specyficzny typ zabudowy przy porcie: skały przechodzące w budynki, które wyglądają jakby z tej skały wyrosły. Widok niesamowity.

    Na starym mieście dominują wąskie uliczki. Niektóre są tak wąskie jak nasze na Starym Mieście w Warszawie, z tą jedną różnicą, że prowadzą do tego albo w górę albo w dół, no i oczywiście nie były zniszczone podczas wojny, bo tu do Szwecji wojny zaglądały rzadko.

    Korzystając z długiego majowego weekendu pojechałem do Sztokholmu ponownie. Ciekawy byłem przede wszystkim różnicy pomiędzy zimą a wiosną, no i miałem nadzieję zobaczyć coś więcej niż podczas poprzedniej krótkiej wizyty. I nie zawiodłem się...

    Widoki są super. Wprost na widokówki: zamek królewski, parlament, kanały, port, statki kamienice - wszystko to takie... jakby nieszwedzkie. Szwecja po wyjeździe ze Sztokholmu wygląda zupełnie inaczej: kolorowe domki jak z bajki, lasy, jeziora... A tu - jakbym zobaczył drugą Wenecję. Mnóstwo zwiedzających, wśród których przodują Polacy i Rosjanie.

    Jacy są Szwedzi, najpełniej pokazuje zdjęcie z wędkarzem na brzegu kanału portowego. Całe miasto żyje tym swoim uśpionym szwedzkim pośpiechem, a ten siedzi i spokojnie łowi ryby. I takich obrazków w Szwecji jest mnóstwo. Na przykład ludzie wychodzą przed domy i po prostu siedzą. Nie robią nic konkretnego, tylko obserwują upływający czas. W Polsce czasami widuję to jeszcze na wsiach w niedziele i święta, ale coraz rzadziej. Nasz kraj jest chyba drugim po Ameryce tak rozpędzonym państwem, że nikt nie ma czasu zwyczajnie nic nie robić i czerpać pełni życia choć przez chwilę. Życie wiosną tutaj zmienia się nie do poznania. O ile w miesiącach zimowych ciężko spotkać kogoś na ulicach, to wiosną Szwedzi odbijają sobie długie zimowe noce z nawiązką, wylegają na ulice uśmiechnięci (to chciałbym zobaczyć kiedyś w Polsce), opaleni (solarium ?!) i potrafiący się bawić.

    Stare Miasto, jak już napisałem wcześniej, robi niesamowite wrażenie. Wąskie uliczki, w niektórych z nich można się oprzeć jednocześnie o obydwie ściany, bruk, rynsztoki. Główna ulica jest komercyjna: mnóstwo sklepów, restauracji i barów prowadzi nas wprost na stary rynek, który jednak nie jest tak malowniczy jak w Krakowie czy w Warszawie. Ale prawdziwe Stare Miasto widać dopiero, jak się wejdzie w podwórka bądź boczne wąziutkie uliczki. Czasami można odnieść wrażenie, że tak jak w średniowieczu ani się obejrzymy, a ktoś wyleje nam ścieki za kołnierz.

    Nowe Miasto niczym nie różni się od innych centrum handlowych w innych częściach Europy: główna ulica handlowa z cenami wprost dla szaleńców, północnoamerykańscy Indianie grający melodie a'la Morricone z playbecku, żebracy przy kościołach i na dworcach, mnóstwo sklepów i domów handlowych. Są nawet sklepy bezcłowe, w których można kupić pewne artykuły taniej, ale należy wykazać się dokumentem tożsamości spoza Unii Europejskiej

    Zamku Królewskiego niestety nie udało się zwiedzić z powodu zbyt później pory - podobnie jak w Polsce największe muzea zamyka się około godziny piętnastej. A do piętnastej, to ja zdążyłem dopiero co nieco pooglądać Wazę, i to jeszcze nie tak jakbym chciał. Pewnie przyjadę ponownie i wtedy zwrócę uwagę na inne szczegóły tego okrętu.

    Statek robi duże wrażenie: dwa rzędy dział, trzy pokłady, jak na warunki bałtyckie jest potężny. Zastanawia mnie tylko, czy okręty hiszpańskie i portugalskie z piętnastego wieku były podobnej wielkości. Oglądając "Piratów z Karaibów" wydawało mi się, że okręt miał trzy rzędy dział... Ale może to tylko fantazja reżysera, a może mi się tylko wydawało.

    Na koniec parę słów na temat sztokholmskiej filharmonii. Jako budynek nie robi jakiegoś specjalnego wrażenia. Może dlatego, że tuż przed nią na placu odbywa się regularny jarmark: warzywa, owoce, kwiaty, no po prostu wszystko, może z wyjątkiem zwierząt hodowlanych. Trochę dziwnie to wygląda jak na stolicę północnego państwa, szczególnie, że w żadnym innym szwedzkim mieście się z tym nie spotkałem.

    W środku jest już elegancko: dużo miejsca dla widzów (podobno dwa tysiące miejsc, ale nie wygląda na tyle), dużo miejsca dla orkiestry, no i organy. Pierwszy raz widziałem w filharmonii organy. I to jeszcze umieszczone w taki sposób, żeby publiczność mogła obserwować mistrza ceremonii. Koncerty Bachowskie muszą tu być niesamowite.

    Miałem jeszcze trochę napisać o występie, ale za bardzo nie mam co. Trafiliśmy akurat na jakiś jubileusz ichniejszego chóru. No cóż. Widziałem i słyszałem już sporo chórów, ale takiego fałszu nie słyszałem chyba jeszcze w życiu. Całą imprezę ratowała kameralna orkiestra i soliści, którzy przyjechali na gościnne występy. Szczególnie wykonanie "Torreadora" warte było uwagi.

    Kilka luźnych spostrzeżeń na temat Szwecji - ciąg dalszy

    1. "Lambohov. Dzielnica Linköping, miasta w Ostergotland. Dzień z 22 czerwca na 8 lipca. Trwają poszukiwania jakiegokolwiek Szweda..." - Tak możnaby zacząć pisanie powieści science fiction, ale to się dzieje naprawdę: słońce gdy nie ma chmur praktycznie w ogóle nie zachodzi,

    a na Lambohovie jest więcej Hindusów niż w niektórych indyjskich miastach. Mieszka tu również mnóstwo innych nacji i gdyby nakręcić film o tym miejscu nie pokazując zbytnio nazw ulic i znaków drogowych ciężko byłoby się zorientować że jest to część północnoeuropejskiego państwa.

    Aha. Zapomniałem dodać, że ja też mieszkam na Lambohovie. I nie jestem Szwedem. A rowery raczej się tutaj zapina, choć nie zawsze to pomaga, co widać poniżej.

    2. Sport. To przede wszystkim hokej. Linköping piastuje (przepraszam, powinno być chyba "wazuje") tytuł wicemistrza kraju w tej ulubionej przez Szwedów dyscyplinie. Nazwisko Czerkawski jest w Szwecji popularne. Wbrew pozorom nazwisko Kmicic nie jest popularne. Jeżeli hokej to też i rolki. No to akurat jest super rzecz i chociaż pierwszy raz w życiu założyłem je na nogi właśnie w Szwecji, to prędko z nich nie zrezygnuję. Chyba że córka powie, że już trochę głupio wyglądam przy jej kolegach ;). ścieżki rowerowe są w Szwecji powszechne i w przeciwieństwie do innego dużego środkowoeuropejskiego państwa, budowane są z asfaltu. Bo tańszy niż kostka i równiejszy. Po ścieżkach rowerowych, jak sama nazwa wskazuje, jeździ się na rolkach, nartorolkach, oraz się biega. No czasem można zauważyć przejeżdżającego wstydliwie po cichutku boczkiem rowerzystę. Jest i polski akcent sportowy: Kubica sprzedaje tu zegarki.

    3. Soboty i święta. Miasta wymierają. Linköping jest puste, Norrköping jest puste, Nyköping jest puste... Dwa ostatnie leżą nad morzem, więc jak ludzie w święta nie wyjeżdżają nad morze, to gdzie wyjeżdżają? Autostrady wtedy też są puste. W Nyköping na przystani jest sporo zaparkowanych jachtów, ale w większości na rosyjskich i niemieckich numerach. To znaczy banderach. Mam nadzieję, że żaden z nich nazywał się "Szlezwik Holstein". Na głównym deptaku co godzinę można spotkać człowieka. Nie wiadomo co wtedy robić: podejść, zagadać, czy może uciekać gdzie pieprz rośnie. W każdym razie człowiek na głównej ulicy przeciętnego szwedzkiego miasteczka w Midsummer to niespotykana atrakcja i trzeba go co najmniej obfotografować. Mamy 90 % szans, że to również obcokrajowiec. Jest duża szansa że to Polak. Ale jak rozpoznać Polaka - patrz punkt 5.

    4. Trawniki w parkach są po to, żeby na nich odpoczywać. Bez obawy, nie usiądzie się w psią kupę. W Linköping nie ma morza. Jest za to plaża z palmami.

    5. Rozpoznawanie Polaków. Pierwsze spotkanie - polska msza w kościele katolickim w Linköping. Najpierw zajechało gorzałką, potem weszli ludzie. Jak organista zaczął śpiewać, przesiadłem się do dalszej ławki. Spotkanie drugie - lotnisko Skavsta, środa przed Bożym Ciałem, godzina 5.30. Zapach jakby znajomy, ludzie też. Nawet gęby te same. Stoją w kolejce do check-inu i dyskutują tak głośno, że słychać ich od wejścia. Do pierwszego "kurwa" nie byłem pewny w jakim języku. Potem odechciało mi się mówić po polsku.

    6. Kabriolety. Jak to możliwe, że w kraju bądź co bądź północnym, gdzie przez pół roku jest ciemno i zimno, a lato "bywa niegorące" jeździ tak dużo kabrioletów? Nie wiem. Ale oficjalne statystyki sprzedaży aut potwierdzają, że "Szwecja kabrioletem stoi".

    7. Alkohol. Jest drogi. Nawet bardzo drogi. Sklepy z alkoholem jak w PRL - otwarte do 17, w czwartki i w piątki do 18-tej, w soboty do 14-tej, w niedzielę... W niedzielę zapomnijcie, że kupicie alkohol o innym procentażu niż 3,5v :). Ale Szwedzi są dumni z ich systemu państwowego i wysokich cen wódki. Zgadzają się na to i nienawidzą komentarzy na ten temat. Szczególnie z ust obcokrajowców.

    8. Poza tym na ulicach jest spokojnie, ani razu nie poczułem się zagrożony, miasta są zadbane, a pan, który czyta wiadomości w TV, nie ma miny takiej, jakby godzinę przed dziennikiem pochował pół rodziny. Za cztery tygodnie wracam do Polski. Nie wiem ile będzie trwało wychodzenie z szoku... Mam nadzieję, że praca z młodymi dziennikarzami podczas sierpniowej "Potęgi Prasy" mi w tym pomoże.

    Letnie ślicznotki, Tannefors - 20080729

    W zasadzie miałem się już nigdzie nie ruszać przed powrotem do Polski, czasu zostało tylko na jakie-takie spakowanie się, ale pogoda za oknem nie zachęcała do siedzenia w domu. Pojechałem więc na tradycyjną "piętnastokilometrówkę" Lambohov-Berga-Tannefors-Stora Torget-T1-Lambohov, no i nad kanałem przy śluzie mnie zamurowało. Zobaczyłem takie to oto dwie ślicznotki:

    O tym, że Szwedzi uwielbiają stare samochody, wiedziałem już od dawna. na ulicach od kiedy zaczęła się wiosna pojawiały się Kadilaki, Pontiaki, Mustangi i inne tego typu urządzenia z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale takich jeszcze nie widziałem. Najbardziej zaskoczyły mnie drewniane koła...

    ...I zielony silnik.

    Inne relacje
    Polska
    Okolice Przedborza 2020, Potęga Prasy 2008-2015, Jasna Góra, 2000-2009, Pomorze Zachodnie, sierpień 2008, Ochodzita 2007, Beskidy 2006, Oświęcim 2006, Niesulice 2006, Miejsca z delegacji 2000-2007, Sulechów 2005, Rewal 1998-2005, Karpacz 1993
    Szwecja
    Czekając na wiosnę 2019, Femundsmarka i Fulufjället 2016, Gränna 2012, Örebro 2012, Höga Kusten 2012, Szwecja 2011, Szwecja 2010, Uppsala, kwiecień 2009, Motala rowerem 2009, Östergötland 2009, All along the watchtower, Sztokholm, 12 lipca 2008, Dookoła jeziora Roxen, 19 lipca 2008, Ecopark Omberg, 5 lipca 2008, Vadstena, 21 czerwca 2008, Ekenäs Slott 10-11 maj 2008, Östergotland 2008
    Inne
    Pijana wiśnia, czyli Lwów po latach, grudzień 2018, Stuttgart wiosenny i gorący, czerwiec 2015, Der "Schwäbische Grand Canyon", czerwiec 2015, Stuttgarckie Winnnice, czerwiec 2015, Jezioro Bodeńskie, maj 2015, Kopenhaga, wrzesień 2012, Tallin, wrzesień 2011, Wiedeń, sierpień 2011, Turku, czerwiec 2010, Ukraina, marzec 2010, Lviv, styczeń 2010, Ukraina zachodnia, październik 2009, Lwów, wrzesień 2009, Helsinki 2009, Litwa, maj 2008, Wiedeń i Morawy 2006, Ahlbeck 2003