W tym właśnie sęk, że Czas nie znosi, aby go zabijano. Gdybyś była z nim w dobrych stosunkach zrobiłby dla Ciebie z twoim zegarem wszystko, co byś tylko chciała.

Lewis Carroll "Alicja w Krainie Czarów"

Podrze

Szwecja 2010

Jerusalem jest w Szwecji

Jerusalem jest w Szwecji. Przynajmniej tak można wywnioskować z mapy okolic, kiedy analizowalismy z Witkiem trasę kolejnej wycieczki rowerowej. Tym razem nie miała być dłuższa niż 35 kilometrów.

Wyjechaliśmy z Linköping późnym niedzielnym popołudniem i skierowaliśmy się w stronę Ekängen. Po drodze zatrzymaliśmy się, by obejrzeć rysunki naskalne w Åby. Udało się zlokalizować jeden, ale za to doskonale widoczny. Reszta była pewnie zasłonięta porastającym kamienie mchem.

Ekängen to sypialnia dla Linköping. Określenie "sypialnia" bardziej mi pasuje do tego miejsca niż "wieś letniskowa", choć leży praktycznie nad samym brzegiem Roxen - od drogi do jeziora jest niecałe 200 metrów. Dlaczego nie letnisko? Miejscowości letniskowe kojarzą mi się bardziej z ciepłą wodą i piaskowymi plażami. Z tej strony Roxen brzegi są kamieniste, a woda... Jak to woda w Szwecji wiosną - lodowata. Standardy wypoczynku w Skandynawii są jednak znacznie inne niż u nas, a i sami mieszkańcy preferują raczej jego czynną formę niż wylegiwanie się na plaży, co zresztą skutecznie można zastąpić wylegiwaniem się na nadbrzeżnej łące w cieniu potężnych, kilkudziesięcioletnich dębów, których tu nie brakuje. Nie brakuje również pięknych widoków. Pogoda może i nie nastraja do kąpieli, ale silny wiatr sprzyja amatorom deski surfingowej.

Jadąc dalej wzdłuż jeziora dojeżdżamy do Tuna Kunggård, które niegdyś za panowania króla Gustawa Wazy nazwane zostało właśnie ogrodem królewskim. Skąd Waza w tym miejscu? Pewnie natknął się na nie podczas pielgrzymki po swoich ziemiach, co niegdyś było tradycją nowo wybranych władców, ale to postaram się opisać w zupełnie innej historii. Wracając do tematu, ogród jest teraz zadbany, a na terenie mieści się kilka zamieszkałych domostw, więc nie zdecydowaliśmy się wjeżdżać ludziom do ich posiadłości.

Następną miejscowością na trasie miało być tytułowe Jerusalem, które chcieliśmy odwiedzić właśnie ze względu na nazwę i - polecaną przez przewodnik - Idingstad Alle. Nie wiadomo, czy nazwa sięga czasów, gdy na ziemii szwedzkiej przebywali Templariusze, czy powstała dopiero w obecnych czasach.

Miało być, ale nie było, bo pomyliliśmy drogę. Po pewnym dopiero czasie, gdy już było za późno na powrót, a droga przez kamienie i szutry coraz bardziej dawała nam się we znaki, Witek zauważył, że albo przekopali strumień, albo coś jest nie tak. Niby układ dróg taki sam jak na mapie, tylko rzeczka dziwnie skręca i przepływa pod drogą. Godzina jeżdżenia po kamieniach z narażeniem na "złapanie gumy" okazała się zupełnie bezużyteczna. Chociaż może nie do końca, bo dzięki temu udało nam się obejrzeć park Ekhagen, którego nie mieliśmy w planie wycieczki, a który to okazał się rezerwatem różnego rodzaju ptaków i roślin. Potężne konary drzew, korony kładące cień na podłoże rodem z polskich borów i niesamowite odgłosy niektórych ptaków sprawiały, że nie chciałbym się tam znaleźć sam w nocy. Na pewno nie pomyślałbym wtedy, że są to dźwięki wydawane przez ptaki.

W parku znajduje się również dwanaście miejsc rytualnych, z których najstarsze sięgają setnego roku naszej ery. Znów jednak tylko z przydrożnej tabliczki informacyjnej można zorientować się, które to kupki kamieni. Kolejny raz podziwiam zamiłowanie Szwedów do różnego rodzaju gruzu. Sam park polecam natomiast na wycieczkę z dyktafonem i aparatem.

I tak przed wieczorem dotarliśmy do Rystad i obejrzawszy kościół z końca XVIII wieku wyruszyliśmy w kierunku domu. Oczywiście, jak to zwykle w Szwecji bywa, pod wiatr. Nie wiem dlaczego, w jakimkolwiek kierunku nie podróżowałbym rowerem - zawsze jadę pod wiatr. Nawet gdy teoretycznie z powrotem powinno być już z wiatrem. Wkrótce przestałem żałować, że nie zdołaliśmy dojechać do Jerusalem. Gdy wyobraziłem sobie, że nasza droga mogłaby być dłuższa o kilkanaście kilometrów, odechciewało mi się rowerowych wycieczek na długi czas. Po drodze minęliśmy kolejne trzy skupiska kamieni rytualnych, które podejrzewam, że najlepiej byłoby widać z awionetki.

Mimo że kiedy wróciliśmy było już grubo po dwudziestej drugiej, słońce wisiało jeszcze nad horyzontem, co oznaczało, że widno będzie jeszcze przez co najmniej godzinę. A był to dopiero koniec maja i dzień stawał się coraz dłuższy i dłuższy. (rs, 23.05.2009)

Gamla Linköping - wrzesień 2010

Lubię niedziele w Linköping. Jest tak cicho i spokojnie, że można słyszeć tupot kotów spacerujących po miękkim mchu w lesie w środku miasta. Jeszcze bardziej lubiałbym, gdyby była tu ze mną moja rodzina, ale nie wszystko można mieć na raz. Niedługo będę z powrotem cieszył się najbliższymi i polskim krajobrazem, a póki co wypada się cieszyć tym, co się ma za oknem.

Wyjątkowo zimny, jak mówią tutejsi meteorolodzy, koniec lata w Östergotland zostawił również ślad na mnie, północny wiatr i poranne jazdy na rowerze do pracy "załatwiły" mi weekend w domu pod kocem i przed telewizorem z US Open przy kubku herbaty z miodem i z cytryną, zamiast planowanej rowerowej wycieczki wzdłuż śluz Kinda Kanal. Ale co się odwlecze to nie uciecze, jak pogoda dopisze to wycieczka rowerowa będzie za tydzień. Teraz zostają delikatne spacery po mieście.

W Gamla Linköping po ubiegłotygodniowym gwarnym jarmarku zakończonym potężnym gradobiciem zostały już tylko puste stragany na rynku. Poza tym wszystko wróciło do normy: owce pasły się w rezerwacie, a nieliczni spacerowicze oglądali muzealne wystawy rękodzieł i robili zakupy miejscowych wyrobów spożywczych. Z Dahlbergs Cafe dochodziły, jak zawsze zresztą, nieziemskie zapachy i jeżeli nie serwują oni najlepszej kawy na świecie, to na pewno o najprzyjemniejszym zapachu. Ja tym razem chciałem pooglądać ogrody, gdyż w zeszłym tygodniu nie było na to zbyt wiele czasu ani nawet miejsca. No i... Wygląda na to, że w sam czas, bo za tydzień już mogłoby być za późno. Nadal jest co prawda bardzo zielono, ale coraz bardziej kolorowo. Jesień nadchodzi wielkimi krokami. Kolory z nieco przekwitłych już kwiatów przeszły na owoce drzew i krzewów. Wokoło pełno jarzębin, jabłonek uginających się wprost od owoców, leszczyn z orzechami, których nikt nie obrywa, wielkich kolczastych kasztanów oraz winogron, które w tym klimacie chyba nigdy nie dostaną szansy dojrzeć. Wszystko to tworzy jedyną w swoim rodzaju atmosferę późnego szwedzkiego lata. Mam nadzieję, że zdjęcia choć w małej części oddadzą urok tego, co widać żywym okiem i na starość po przeczytaniu tego akapitu będę miał co wspominać.

Park Narodowy Tiveden - sierpień 2010

Park Narodowy Tiveden jest częścią obszaru lasów, jezior i wzgórz polodowcowych. Mieści się między dwoma największymi szwedzkimi jeziorami: Vättern lezącym na południu i Vänern na północnym zachodzie. Do Karlsborga jest około 15 kilometrów, do Linköping około 120. Jak podają przewodniki, jest to jeden z nielicznych obecnie dziewiczych terenów w południowej Szwecji i nigdy nie był zamieszkany. W parku tym dąży się do zachowania warunków naturalnych pierwotnej puszczy.

Na takie właśnie odludzie pojechaliśmy w ostatnią sobotę sierpnia. Lato w Szwecji w zasadzie już się skończyło, ale pogoda była znośna i przez większą część dnia nie sprawiała nam kłopotów. Trasę wybraliśmy średnio trudną, o długości 6 kilometrów i tajemniczej nazwie Trollkyrka Trail. Nazwa pochodzi prawdopodobnie od dwóch centralnych punktów widokowych: "Stora Trollkyrkan" i "Lilla Trollkyrka". Są to dwa najwyższe wzniesienia, na które musieliśmy się jakoś wczłapac po mokrym i miejscami naprawdę trudnym szlaku, przechodząc przez Trollkyrkan Hills i obok Trollkyrkasjön. Przez trzy godziny wokół nas mieliśmy tylko dżunglę, w której jedynymi odgłosami cywilizacji były głosy nasze i czasem dźwięki przalatujących samolotów. Samochodów słychać nie było.

Jeżeli ktoś chce odpocząć i pospacerować w ciszy - polecam Tiveden. Niewiele już jest takich miejsc na świecie, gdzie można zaszyć się w totalnej głuszy tak niedaleko od cywilizacji. Jeżeli jednak ktoś chciałby delektować się wspaniałymi widokami szwedzkich krajobrazów, lepiej wybrać Ekopark Omberg. Rezerwat bardziej ucywilizowany, ale widok na jezioro Vättern pozostawia niezapomniane wrażenie. Widoki ze wzgórz Tiveden zasłaniają drzewa.

Zobaczyć Wielkie Jezioro - lipiec 2010

To był cel naszej niedzielnej wycieczki. Oczywiście nie jedyny, bo w planach mieliśmy obejrzenie kilku jeszcze ciekawych miejsc po drodze, ale w zasadzie najważniejszy. Wyruszyliśmy więc niedzielnym rankiem Piotrowym Volvo kierując się na północ. Aby dojechać do jeziora Vänern z Linköping, najpierw trzeba objechać troszkę mniejsze Vättern. Droga wiedzie od pewnego miejsca tuż przy brzegu jeziora, prowadząc przez malownicze niczym nie niepokojone lasy parku narodowego Tiveden, jednego z najładniejszych parków narodowych Szwecji. Taką to drogą dojechaliśmy do miasta Karlsborg, gdzie chcieliśmy obejrzeć największą militarną twierdzę Szwecji. Obejrzeliśmy twierdzę tylko na tyle, na ile było to dozwolone, bo mimo że fortyfikacje zbudowane zostały w XIX wieku, to ciągle jest teren wojskowy i, prawdę mówiąc, najlepsze widoki przedstawiają mapy Google. Zza zewnętrznych szańców nie widać nic, a miejsca, skąd mogłyby być ładne widoki są ogrodzone. Nawet siatki ogrodzeniowe przykryte są wojskowym płótnem maskującym. Czuliśmy się jakbyśmy chodzili po opuszczonych przez wojska radzieckie polskich koszarach. Zwiedziliśmy więc to co wolno, w tym kościół garnizonowy, który zaintrygował nas swoim wystrojem: gołe ściany i krzesła. I za ten widok od turystów życzą sobie 10 SEK opłaty. Liczyliśmy, że troszkę lepszy widok na twierdzę znajdziemy z pobliskiej znalezionej na mapce latarni morskiej, ale okazała się ona ledwie kilkumetrowym kikutem. Widok na jezioro Vättern z tego miejsca był za to przedni.

Opuszczając bez sentymentu Karlsborg pojechaliśmy w kierunku Lidköping. Droga zbudowana jakby dla nas. Ruch niewielki, a krajobrazy miłe dla oka. Nie zatrzymując się w mieście pojechaliśmy prosto na półwysep Kalland do zamku Läckö. Położony tuż nad wielkim jeziorem pałac sprawia wrażenie jakby był przeniesiony z jakiejś bajki. Na dziedziniec wchodzi się przez dwie bramy, a przez trzecią przechodzi się na jeszcze jeden dziedziniec, skąd jest dostęp do pomieszczeń gospodarczych, takich jak kuchnie, więzienie, czy łazienki dla służby. Podczas gdy reszta naszej grupy zwiedzała zamek z przewodnikiem (gdzieś ich zgubiłem po drodze), ja szwędałem się po pomieszczeniach dostępnych z dziedzińca i znalazłem wystawę przepięknych sztucerów myśliwskich. Były to takie dzieła sztuki, że można się zastanawiać czy w ogóle ktokolwiek z nich strzelał. Ciekawe jaka byłaby reakcja postronnych osób gdybym z podobnie misternie wykonaną wędką pojechał łowić ryby.

Z zamku pojechaliśmy do oddalonej o niecałe pięć kilometrów wioski rybackiej, gdzie jadłem najlepszą wędzoną rybę w swoim życiu. Nie ma tu wędzarni wystawionych na pokaz jak na polskim wybrzeżu, gdzie odgrzewa się wędzone ryby wyjęte prosto z zamrażarki. Ryby są świeżutkie i naprawdę smaczne. Jeżeli ktoś będzie w pobliżu to zachęcam do zjedzenia wędzonego łososia bądź siei prosto z "Grand Lake".

Ostatni już przystanek zrobiliśmy sobie w malowniczym miasteczku Mariestad, gdzie zwiedziliśmy w ostatniej chwili przed zamknięciem gotycką katedrę, przeszliśmy po ulicach starego miasta i popijając w portowej knajpie piwo marki "Mariestads" podsumowaliśmy udany dzień. Jeszcze 250 kilometrów i byliśmy w domu.

Trollegater - maj 2010

Szwecja jest pełna ciekawych miejsc. Nietrudno je znaleźć też blisko Linköping. Jednym z takich ciekawych terenów siedem kilometrów na zachód od Rimfosy jest rezerwat Trollegater.. Jest to system jaskiń granitowo krzemiennych powstałych na skutek ruchów tektonicznych. Na cały system składa się siedem jaskiń, a najdłuższa z nich ma około 100 metrów i składa się z kilku połączonych ze sobą grot. Można ją obejść dookoła, a niektóry groty to prawie pokoje. Można w nich praktycznie stanąć i się porozglądać. Przyda się do tego oczywiście silna latarka. Przyda się również wytrzymałe ubranie, gdyż wejścia do jaskiń są bardzo wąskie i trzeba się nieraz porządnie wysilić, żeby się do nich dostać.

Pozostałe jaskinie są mniejsze, węższe, a niektóre wejścia pionowo położone. Trzeba uważać, żeby nie ześlizgnąć się w dół, bo ciężko na pierwszy rzut oka oszacować ich głębokość. Na niektórych ścianach jaskiń, również w tej największej, są czerwone smugi i plamy. Legenda mówi, że było to miejsce magii i rytualnych ubojów, ale prawda jest taka, że czerwone ściany to efekt czerwonych alg, które płyneły w wodach podziemnych.

Cały obszar wokół jaskiń jest warty zwiedzenia. Mnóstwo skał poprzecinanych jakby po nagłym trzęsieniu ziemi. Pęknięcia są bardzo długie, do dwóch metrów szerokości i kilku metrów głębokości. Niektóre chyba głębsze, bo jak do jednego takiego w jaskini wrzuciliśmy kamień, to długo czekaliśmy, aż spadł na dno.

Zanim wróciliśmy do Rimfosy, zatrzymaliśmy się po drodze w rezerwacie Hallstad Ängar, a niektóre widoki wzdłuż pomarańczowego szlaku zapierały dech w płucach. Dziwnie stoi się na gołej, nagle urwanej skale, a w dole widać drogę po której jeżdżą samochody wielkości pudełka od zapałek.

Dzień Polski w Mariefred - maj 2010

Mariefred wygląda jak miasto, w którym życie zatrzymało się na chwilę, tak na oko gdzieś w początkach XX wieku. Takie "östergötlandzkie" Gamla Linköping, tylko że tutaj życie nie toczy się na pokaz. Takie samo wrażenie miałem będąc na ukraińskim Zakarpaciu, gdzie widziałem wsie jakby żywcem przeniesione z Lwowskiego skansenu "Gaj Szweczenki". Jadąc na Dzień Polski, obchodzony właśnie w tym mieście w ostatnią sobotę maja, spodziewaliśmy się spędzić turystycznie i miło wolny dzień. I nie zawiedliśmy się. Z Linköping droga wiedzie początkowo wygodną autostradą E4, ale już tuż za Nyköping zjechaliśmy z trasy, żeby niekończącymi się zakrętami i wzniesieniami pośród lasów i jezior dojechać na parking przy zamku Gripsholm, dawnej rezydencji szwedzkich królów. Dla nas to o tyle ciekawe, że w XIV-wiecznym zamczysku tym urodził się przyszły król Polski Zygmunt III Waza.

Zostawiając sobie oglądanie zamku na później przeszliśmy na rynek, gdzie już rozpoczęła się część artystyczna obchodów: występy zespołów folklorystycznych, tanecznych i muzycznych. Ile razy patrzę na takie występy, tyle razy nie mogę się nadziwić, że tutaj w Szwecji ludziom udaje się, a przede wszystkim chce się, utrzymywać polskie tradycje i kulturę. Jak widziałem niektóre dzieciaczki występujące w ten niezbyt gorący i deszczowy dzień w samych koszulkach i na boso, to aż mi się zimno robiło. Ale na rozgrzewkę można było pojeść ciepłego bigosu i grillowanej polskiej kiełbasy, wszystko zagryźć kiszonym ogórkiem i popić "tymbarkiem".

Promenadą nad jeziorem przeszliśmy do zamkowego ogrodu, gdzie urządziliśmy sobie grilla. Czasami trzeba mieć niezłą fantazję, żeby przejechać 170 kilometrów tylko po to, żeby zorganizować grilla pod murami renesansowego zamku. Ale esencją podróżowania są ludzie i właśnie dla nich warto przejechać czasem kawał drogi.

Pogoda starała się nas przegonić ze wszystkich sił, ale po przeniesieniu z niemałym trudem urządzenia z piekącymi się kiełbaskami pod parasole z ogrodowych drzew, również i ona dała za wygraną i na koniec popołudnia zrobiło się słonecznie i ciepło.

Ekopark Omberg - maj 2010

Jestem tu już drugi raz, tym razem wiosną. Tras do spacerowania jest jednak wystarczająco na kilka wycieczek. Tym razem wybraliśmy niebieską, teoretycznie najkrótszą, aczkolwiek z jednym długim podejściem na najwyższą tutejszą górkę o wysokości 264 metry. Niby nic, ale podejście potrafi zmęczyć. Zakończone jest za to niesamowitym widokiem. Miejsce jest do tego wyśmienite do zrobienia sobie krótkiej przerwy na posiłek i podelektowanie się krajobrazem.

Druga część trasy to dość strome zejście i spacer po skalnym jeziornym klifie. Warto czasem zejść ze ścieżki, żeby podejść nad sam skraj klifu i pomajtać nogami z wysokości około 5 metrów nad taflą wody, która nota bene jest jeszcze przeraźliwie zimna - nie wiem, czy miała więcej niż pięć stopni. Potem już dochodzi się do miejsca widokowo-grillowego, gdzie kończą się wszystkie trasy spacerowe tego parku. Omberg jest fajny na jednodniowy wypad. Można się zmęczyć, jeśli się chce, można również przejść rekreacyjnie bez wielkiego wysiłku i popatrzeć z większych lub mniejszych pagórków, oznaczonych jako miejsca widokowe, na otaczający nas polodowcowy krajobraz. Tak jak pisałem wcześniej, Szwecja jest bardzo pocztówkowa i przy odrobinie szczęścia do pogody może być rajem dla fotografów.

Zanim dotarliśmy do rezerwatu najpierw przystanęliśmy przy "wikipedycznym" kamieniu runicznym w Rök. Kiedyś już pisałem o tym, że Szwedzi z byle kupki kamieni potrafią zrobić znakomite miejsce turystyczne. Tak więc napisy na kamieniu są pięknie odrestaurowane, kamień przykryty zadaszeniem, a tablice zawierają tłumaczenie tekstu. Na pobliskim parkingu możemy kupić pamiątki i książki związane z tym miejscem. Warto również zajrzeć do stojącego opodal kościółka, który mimo że jest odbudowany po pożarze, zawiera we wnętrzu kilka ciekawych pamiątek sprzed tego wydarzenia.

Wąską krętą dróżką z Rök jedziemy w kierunku klasztoru Alvastra. Oglądając po drodze kolejny średniowieczny kościół w Heda, którego początki sięgają 1100 roku, po około pół godzinie jazdy dojeżdżamy do malowniczo położonych ruin pochodzącego z tego samego mniej więcej okresu klasztoru Alvastra. Jest to ciekawe miejsce dla fotografów, a dla podróżników okazja do odpoczynku pod chłodnymi murami w malowniczej scenerii.

Jedno z ciekawszych miejsc, które widziałem we Wschodniej Gotlandii. O poprzedniej mojej wycieczce w te strony można poczytać tutaj

Vadstena i Motala - maj 2010

Przyjazd brata był okazją do krótkiej wycieczki po okolicach Linköping, planowałem odwiedzić Vadstenę, Motalę i ekopark Ömberg, zobaczyć kamień w Rök i ruiny klasztoru Alvastra. Ale o Ombergu napiszę następnym razem. Piątek w Szwecji był dniem wolnym w większości firm (klämdag po święcie Wniebowstąpienia) i mimo że pogoda była deszczowa, to nie zniechęciło to miejscowych od robienia sobie wycieczek. Autostrada była więc nieźle zatłoczona. W samej Vadstenie nie było jednak zbyt wielu zwiedzających. Na początek obejrzeliśmy więc katedrę wraz z zabudowaniami klasztornymi. Kościół powstał podobno według wskazówek samej świętej Brygidy, która spoczywa sobie spokojnie (lub tylko jej część) w małej trumience we wnętrzu. Sam środek prezentuje się wspaniale, praktycznie bez podziału na nawy, jedna wielka przestrzeń podparta rzędami kamiennych kolumn. Można byłoby tu kręcić filmy oparte na grach RPG.

Potem ścieżką nad samym jeziorem, wciąż w strugach deszczu, przeszliśmy do zamku. Jezioro przez tą pogodę wydawało się jeszcze bardziej olbrzymie, a zamek może nie prezentował się tak jak ukraińskie Podhorce we mgle, ale również wyglądał tajemniczo. Tajemniczości zabierają mu jednak nieliczne jeszcze z racji opóźniającej się wiosny parkujące w fosie jachty. Cena biletów do zamkowych komnat nie przekonała mnie do obejrzenia jego wnętrz. Obeszliśmy więc dziedziniec i starym miastem przeszliśmy na przyklasztorny parking, skąd pojechaliśmy do Motali.

Tymczasem przestało padać. Trasa wiedzie praktycznie nad samym jeziorem, więc można podziwiać widoki. Motala jest miastem zdecydowanie większym niż Vadstena, w której nie mogliśmy znaleźć taniego baru, żeby zjeść na obiad jakiś kebab czy inną specjalność "tutejszej" kuchni. Bez problemu udało nam się to w Motali. Po obiedzie poszliśmy spacerkiem do portu, gdzie w sklepie wędkarskim udało mi się kupić z wyprzedaży kilka ciekawych przynęt, a potem weszliśmy do muzeum motoryzacji. W tym muzeum bez skrupułów już wysupłałem 70 SEK na bilet i weszliśmy do małego, na pierwszy rzut oka, pomieszczenia. Ciężko opisać, co tam można zobaczyć. Rowery, motorowery, radioodbiorniki samochodowe i nie tylko, telewizory, motocykle wszelkiej marki, no i samochody. Nie widziałem jeszcze tyle "złomu" motoryzacyjnego zebranego w jednym miejscu. Z samochodów największe wrażenie na mnie wywarły Lamborgini (w życiu nie myślałem, że to jest tak szerokie auto) i bolid Williams F1. Co prawda jest bez silnika, ale jest tak niewyobrażalnie lekki, że aż ciężko sobie wyobrazić, że taki kawałek tektury może jeździć po torze z prędkością ponad trzysta kilometrów na godzinę. Szkoda, że kończył nam się czas na parkingu, bo z przyjemnośćią popętałbym się po tym muzeum jeszcze kilkadziesiąt minut.

Na sam koniec wycieczki pojechaliśmy zobaczyć śluzy na kanale Gota. Wygląda to podobnie jak w Bergu, jest ich może mniej, ale są moim zdaniem wyższe. Wypełnione wodą i przygotowane do sezonu nie robią już jednak takiego wrażenia jak puste. Jadąc z Motali w kierunku Linkoping drogą numer 34 warto zwrócić uwagę na płynący nad głową kanał Göta. Trzeba uważać, bo jak się zobaczy płynący górą statek, może się to skończyć jakimś niespodziewanym zjechaniem z drogi ze zdziwienia.

Poprzednio o Vadstenie pisałem tutaj, a o Motali tutaj.

Göteborg - kwiecień 2010

Sobota, 24 kwietnia wydawała się być idealnym dniem na otwarcie lunaparku Liseberg w Göteborgu. Niewiele myśląc zapakowaliśmy się więc w dwa samochody i pojechaliśmy obejrzeć to cudo do wytwarzania adrenaliny. Drogi nie ma co opisywać ani fotografować, Szwecja jest tak pocztówkowa, że żaden opis ani chyba żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać tego tak, jakbym chciał. Po prostu trzeba patrzeć i obserwować. Pogoda była super, słonecznie, może zbyt chłodno, ale to też miało swoje zalety, bo nie było tak strasznego tłoku, jakiego można się było spodziewać po pierwszym dniu działalności miasteczka.

Ale Göteborg nie kończy się na Liseberg. Podzieliliśmy się więc na dwie grupy, zostawiliśmy maniaków adrenaliny i poszliśmy do portu zobaczyć muzeum morskie Maritiman. Muzeum składa się z kilkunastu statków zacumowanych przy nabrzeżu. Trasa zwiedzania jest tak zorganizowana, że prowadzi z jednego okrętu do drugiego bez możliwości zejścia w tym czasie na ląd. Chodzi się po tych okrętach i chodzi, tak długo, że może kanapek braknąć. Szczególnie gdy chce się zwiedzić całego niszczyciela "HMS Smaland", jedynego zachowanego okrętu wojennego tej wielkości w całej Skandynawii, trzeba być przygotowanym na dwugodzinne przebywanie w klaustrofobicznych korytarzach i na ból pleców następnego dnia. Jeżeli już wspominam klaustrofobiczne miejsca - polecam obejrzeć okręt podwodny "Nordkaperen" (bezpośrednie wejście z niszczyciela). Kajuta kapitana jest prawdopodobnie najwygodniejszym miejscem na tym cudzie niemieckiej techniki, a ma około półtora, no może dwa metry kwadratowe powierzchni. Szeregowa załoga śpi na torpedach. Z jednej strony fajnie, bo sprzątania niewiele, a z drugiej strony nie wyobrażam siebie w takim miejscu przez, powiedzmy, dwa miesiące. Ba! Nawet dwa dni byłyby dla mnie niezłym przeżyciem! Swoją drogą zastanawiam się, czy na okręty podwodne ludzie są dobierani według wzrostu: na przykład kapitan nie moze przekraczać 1,6 metra wzrostu, a reszta załogi 1,55.

Po wyjściu z labiryntu można było już spokojnie poszukać jakiegoś miejsca, gdzie można spokojnie coś zjeść i przerwać trwającą od rana abstynencję w pubie oferującym piwo w systemie "happy hours". Göteborg po bliższym przyjrzeniu się różni się nieco od miast z wschodniej Szwecji. Jest mniej uporządkowany, więcej zatłoczony, zaśmiecony, taki... Bardziej europejski. Niestety nie mieliśmy zbyt dużo czasu na zwiedzenie całego miasta, ani nawet wejście do kolejnego z muzeów, np. fabrycznego muzeum Volvo, ale starczyło go jeszcze na obejrzenie miasta z wysokości wież obserwacyjnych w Lisebergu.

Noc Walpurgii, Sztokholm - kwiecień 2010

Pojechaliśmy, zobaczyliśmy, szczęśliwie wróciliśmy. Po dwóch latach spędzonych na oficjalnych obchodach Nocy Walpurgii nad Kinda Kanal w Linköping zdecydowaliśmy się odwiedzić słynne sztokholmskie polskie ognisko. Było super, trochę tylko pogoda nie dopisała. Lało całą drogę, więc walczyłem z całych sił z powiekami, żeby nie zasnąć, i z samochodem, który akurat wtedy postanowił pokazać swoje muchy w nosie. Deszcz się na cale szczęście w miarę uspokoił, a jak to coś, co później kapało z nieba, nie przeszkadzało ognisku się palić, to czemu miało przeszkadzać ludziom. Ogólnie żal tylko, że nie zdążyłem porozmawiać chociaż przez chwilę z wszystkimi, z którymi chciałem, ale jeszcze będzie okazja, mam nadzieję. Teraz czas na piątkowe spotkanie przy piwie, ale czy w maju, czy w czerwcu to się jeszcze okaże. Raczej w czerwcu, bo 14 maja nie jest zbyt fortunnym dla mnie terminem...
Poniżej zdjęcia moje...

...I Marcina Wiśniewskiego, który dotrzymywał mi towarzystwa nie śpiąc w drodze powrotnej, podczas gdy tylna ławka obudziła się przy pierwszym zjeździe do Linkoping ;)

Inne relacje
Polska
Okolice Przedborza 2020, Potęga Prasy 2008-2015, Jasna Góra, 2000-2009, Pomorze Zachodnie, sierpień 2008, Ochodzita 2007, Beskidy 2006, Oświęcim 2006, Niesulice 2006, Miejsca z delegacji 2000-2007, Sulechów 2005, Rewal 1998-2005, Karpacz 1993
Szwecja
Czekając na wiosnę 2019, Femundsmarka i Fulufjället 2016, Gränna 2012, Örebro 2012, Höga Kusten 2012, Szwecja 2011, Szwecja 2010, Uppsala, kwiecień 2009, Motala rowerem 2009, Östergötland 2009, All along the watchtower, Sztokholm, 12 lipca 2008, Dookoła jeziora Roxen, 19 lipca 2008, Ecopark Omberg, 5 lipca 2008, Vadstena, 21 czerwca 2008, Ekenäs Slott 10-11 maj 2008, Östergotland 2008
Inne
Pijana wiśnia, czyli Lwów po latach, grudzień 2018, Stuttgart wiosenny i gorący, czerwiec 2015, Der "Schwäbische Grand Canyon", czerwiec 2015, Stuttgarckie Winnnice, czerwiec 2015, Jezioro Bodeńskie, maj 2015, Kopenhaga, wrzesień 2012, Tallin, wrzesień 2011, Wiedeń, sierpień 2011, Turku, czerwiec 2010, Ukraina, marzec 2010, Lviv, styczeń 2010, Ukraina zachodnia, październik 2009, Lwów, wrzesień 2009, Helsinki 2009, Litwa, maj 2008, Wiedeń i Morawy 2006, Ahlbeck 2003