W tym właśnie sęk, że Czas nie znosi, aby go zabijano. Gdybyś była z nim w dobrych stosunkach zrobiłby dla Ciebie z twoim zegarem wszystko, co byś tylko chciała.

Lewis Carroll "Alicja w Krainie Czarów"

Podrze

Ukraina, październik 2009

Drohobycz

Ze Lwowa do Drohobycza jest tylko 60 kiometrów. Ale to nie jest łatwe 60 kilometrów. Jednym z najlepszych lokalnych środków transportu na Ukrainie są tak zwane "marszrutki", czyli busy przystosowane do przewozu pasażerów. I własnie jedną z takich marszrutek wyjechałem ze Lwowa do Drohobycza. Udało mi się zająć strategiczne miejsce stojące na tylnych schodkach i już po kilku minutach stwierdziłem, że nie będzie to najwygodniejsza podróż w moim życiu, a przejeżdżając koło dworca podmiejskiego tęsknym okiem spojrzałem w kierunku stojących "elektriczek". Ale pociąg tą trasę pokonuje w więcej niż dwie godziny, a bus w "tylko" dwie. Poza tym wsiadłem i jadę. Pocieszałem się, że więcej ludzi już się nie zmieści.

Okazało się, że się myliłem. I to bardzo, bo na miejsca stojące weszło dwa razy tyle ludzi niż było wcześniej. Pomyślałem, że przynajmniej mam stabilna pozycję stojącą, z jedną nogą na górnym stopniu schodków, a drugą na dolnym. Zmienić się nie dało, bo nie było na to miejsca. Po zjeździe na drogę "żółtą" moja wątroba zaczęła dopominać się o trochę więcej luksusu, a wcześnie zjedzone obfite śniadanie o więcej powietrza. Postanowiłem sobie, że więcej nie będę narzekał na polskie powiatowe drogi. U nas czasem przeprawowe rajdy terenowe robi się na mniej wyboistym terenie. Mimo że bus zwalniał miejscami do okolo dziesięciu kilometrów na godzinę, obserwować okolic nie dało się za bardzo. Po około godzinie drogi, w Komornie, zrobiło się nieco luźniej, a w jeszcze pół godziny później udało mi się usiąść. Indyjska myśl techniczna marki TATA spisywała się w tych warunkach całkiem nieźle. Może zrobić furorę jak będzie dopuszczona do sprzedaży w Polsce.

Drohobycz jest małym miastem, w Polsce znanym przede wszystkim ze "Sklepów Cynamonowych" Brunona Schulza. Dworzec autobusowy, gdzie zatrzymują się marszrutki znajduje się około piętnaście minut drogi od rynku. Sobota jest tutaj chyba dniem targowym, bo stragany z wszelkiej maści wyrobami rozłożone są od samego dworca, poprzez Mały Rynek, aż do rynku głównego. Ludzi miejscami było tak dużo, że aby przejść dalej trzeba było dość mocno manewrować łokciami, a przy okazji dostać też kilka przypadkowych kopniaków w kostkę.

Po drodze na rynek mija się Wielką Synagogę, a raczej jej resztki. Budynek niby cały, ale w stanie ruiny, z pustymi miejscami po oknach i tablicami ostrzegającymi przed wejściem do wewnątrz.

Z główniejszych zabytków wymienię tylko dwie drewniane cerkwie, świętego Jura z XV, i Podwyższenia Krzyża z XVI wieku. Dzięki uprzejmości kobiety mieszkajątej obok cerkwi św. Jura udało mi się wejść do środka. Malunki naścienne są nie do opisania i nie znajdzie się takich w cerkwiach przeniesionych do lwowskiego skansenu. Do drugiej drewnianej cerkwi nie udało mi się wejść, wszedłem natomiast do cerkwi Przenajświętszej Trójcy znajdującej się tuż przy rynku. Kościół Bartłomieja z XIV wieku natomiast był zamknięty na cztery spusty. Z ciekawszych rzeczy przy kościele warto zobaczyć dzwonnicę obronną z otworami strzelniczymi i dwie tablice w ścianie kościoła poświęcone pamięci Adama Mickiewicza. Mickiewicz był tu chyba znaną postacią, bo niedaleko od rynku stoi również jego pomnik.

Rynek jest klasyczny, z ratuszem pośrodku, otoczony kamienicami. Starych żydowskich kamienic za wiele nie pozostało (w miejscu domu, gdzie wychowywał się Schulz, a który opisywał w swoich opowiadaniach, jest nowy budynek), ale kilka starszych kamienic jest godnych uwagi. Schulz za to dostał swoją własną ulicę. Niebyt dużą, ale zawsze. Na rynku jest duża kawiarnio - pizzernia, ale pizza taka sobie, kwas też nieszczególny, kawa za to niezła. Niezbyt tanio jak na ukraińskie normy.

Obserwując mieszkańców można zauważyć mnóstwo młodzieży nie stroniącej od alkoholu i papierosów. Taki tu chyba styl życia spowodowany brakiem stabilności politycznej i jakiejkolwiek chęci do pracy i polepszenia swojego bytu.

Sambor

Droga z Drohobycza do Sambora jest malownicza i, co najważniejsze, oznaczona na mapie na czerwono, czyli w miarę luksusowa. Po lewej stronie cały czas widzimy ośniezone stoki i grzbiety górskie, po prawej nie kończące się przestrzenie ukraińskich pól i lasów.

Sambor jest mniej znany Polakom. Nie ma tu miejsc związanych ze znanymi Polakami, nie ma zbyt wielu zabytków (wszystkie niedaleko rynku bardzo podobnego do tego w Drohobyczu), warto tu zajrzeć, żeby po prostu zobaczyć jak płynie ukraińskie życie w małym miasteczku. Warto, bo Lwów, mimo że może wydawać się zaniedbany i miejscami rozwalający się, to w porównaniu do tych miasteczek ścisłe centrum Europy. Wyjeżdżając poza Lwów, lepiej nie zwracać na siebie uwagi, szczególnie gdy chce się spacerować po ulicach porą wieczorową. Wtedy Ukraina nie wydaje się już tak bezpieczna. Ubiór prosto ze sklepów firmowych a'la "National Geographic" jest wyśmienitą wskazówką dla złodziei, którzy zaczynając od niewinnej propozycji "postawienia piwa" poprzez setkę, a potem butelkę wódki, potrafią puścić swojego rozmówcę do domu "w skarpetkach" w imię tradycji, która nakazuje napić się za znajomość. Również niewskazane jest chwalenie się drogimi zegarkami na rękach i wielkimi aparatami fotograficznymi. Podróżującym samotnie doradzam malutkie kompakty, które można schować do kieszeni. Jeżeli ma się okazje jechać z kimś znajomym - lepiej wybrać tę opcję niż podróżować samemu. Chyba że zna się język ukraiński na tyle, że można się swobodnie porozumiewać.

Gdy zbliżał się wieczór, ja też postanowiłem wtopić się w tłum, z tym problemem, że tłumu już nie było. Zostały na ulicach tylko grupki podchmielonych mieszkańców. To też lokalna wschodnia tradycja, która wymaga od mieszkańców, szczególnie męskiej części, być podchmielonym lub całkiem wypitym już od wczesnego popołudnia. Sprzyja temu olbrzymia ilość barów piwnych, w których można napić się tanio również wódki.

Jeżeli nie ma tłumu, trzeba się wtopić w otoczenie, jeżeli nie można się wtopić w otoczenie, czas szukać w miarę bezpiecznego noclegu, lub spadać z tego miejsca gdzie pieprze rośnie. Mimo że po paru samotnych wyjazdach raczej już umiem się wtapiać w okolicę, nie udało mi się uniknąć kilku zaczepek i zaproszeń do postawienia piwa w pobliskich lokalnych knajpach, a ponieważ moja znajomość ukraińskiego nie pozwala na swobodną komunikację, musiałem się nieźle nagłowić, żeby z takich sytuacji się wydobyć.

Ale warto, bo prawdziwej Ukrainy nie zobaczymy w dużych miastach.

Olesko

Dzień jest już krótki, plan ambitny, więc trzeba było wyruszyć dość wcześnie. Do obejrzenia miałem trzy zamki około 70 kilometrów od Lwowa: obronny w Olesku, potężny pałac w Podhorcach i reprezentacyjny zamek Sobieskiego w Złoczowie.

Do Oleska można dojechać z dworca autobusowego AC-2, który znajduje się w północnej części miasta. W ogóle to wszystkie dworce autobusowe we Lwowie rozmieszczone są na obrzeżach i żeby się tam dostać trzeba skorzystać z lokalnych środków transportu publicznego, czyli tramwajów, trolejbusów, albo oczywiście wszechobecnych marszrutek.

Autobusy kursowe wiele od marszrutek się nie różnią. Lokalne trasy obsługiwane są przez małe busy, można natomiast kupić bilet w kasie na dworcu. Droga do Oleska jest mało malownicza. Jedzie się międzynarodową trasą M06, z nową nawierzchnią, miejscami dwupasmową, więc w miarę wygodnie. Wsie dookoła zupełnie jak w Polsce.

Olesko jest malutką miejscowością. Od przystanku autobusowego do zamku jest około pięćset metrów. Zamek podobno widać z daleka, ale mgła skutecznie to utrudniała. Zbudowany w XIV wieku, typowo obronny, niezbyt duży, położony na niewielkiej górce i otoczony ładnym, choć trochę zapuszczonym parkiem. W parku mnóstwo różnego rodzaju kamiennych rzeźb. Wnętrza są odrestaurowane, ale nie udało mi się wejść do środka, bo... byłem za wcześnie. Zwiedziłem za to dziedziniec. Tuż koło zamku po drugiej stronie drogi znajduje się duży klasztor kapucynów z XVIII wieku, do środka niestety wchodzić nie wolno.

Około jedenastej zaczął się ruch, przyjechało kilka autokarowych wycieczek, polskich i ukraińskich, które witane były przez "Bogdana Chmielnickiego" ubranego w strój z epoki dawnej, aczkolwiek ciężko powiedzieć dokładnie z której. Podejrzewam, że wycieczkowiczom było to zupełnie obojętne, byle zdjęcie ładnie wyszło.

Przejazd z Oleska to Podhorców już nie jest taki prosty. Droga drugorzędna, dziurawa, sobota, ruchu mało. Udało mi się dostać tam dzięki uprzejmości kierowcy jednego z ukraińskich mikrobusów, który obwoził wycieczkę dzieciaków. Okazało się, że mają jedno miejsce wolne i nie ma problemu bym się z nimi zabrał. Co więcej, po krótkim pobycie w Podhorcach jadą dalej do Złoczowa. Dla mnie to był uśmiech losu. Do tego kierowca wędkarz, więc udzielił mi kilka wskazówek co do łowienia w tutejszych rzekach. No i dowiedziałem się, że tajemnicza ryba o nazwie "sudak" to nasz sandacz. Uczestnicy polskich wycieczek natomiast wymagają, żeby każdy znał tu nasz język, czują się jak we własnym kraju, nie zdając sobie sprawy, że te czasy dawno minęły, a Ukraina jest niepodległym państwem.

Podhorce

Do Podhorców z Olecka jedzie się około pół godziny, może nawet nie. Nie obyło się bez przygód, jak zwykle w moim przypadku. Najpierw szalony kierowca TIR-a wyprzedzając z dużą prędkością "na trzeciego" sprawdzał zimną krew kierowcy naszego busa, który przytomnie uciekł na pobocze, a potem zatrzymał nas pożar ciężarówki. Droga była nieprzejezdna przez dłuższy czas, natomiast szczęściem w nieszczęściu było to, że ciężarówka się zapaliła tuż za zjazdem na zamek w Podhorcach. Pomyślałem sobie, że zaraz zaczną te przypadki przypisywać temu, że się do nich dosiadłem i wygonią mnie z autobusu, a już na pewno nie zabiorą dalej do Złoczowa. Ale nie byli aż tacy przesądni chyba.

Zamek w Podhorcach leży na dość wysokim wzniesieniu, więc mgła tutaj była szczególnie gęsta. Mury można było zobaczyć dopiero z bliska, a zrobienie zdjęcia, na którym coś było widać graniczyło z cudem. Zbudowali go Koniecpolscy w pierwszej połowie siedemnastego wieku i uznawany jest za jeden z najładniejszych pałaców w Europie Wschodniej. Otoczony jest szańcami z czterech stron podobnie jak Jasna Góra. No, może niezupełnie, bo szańce tutaj są podwójne, więc spełniał rolę również obronną, a do tego pełno na nich misternych wzorców i rzeźb. Niestety mimo że zachował się w całości, to jest w stanie rozsypki. Do środka wejść nie można, nawet na dziedziniec, podobno jest remontowany. Co z tego wyjdzie zobaczymy pewnie za kilka lat, bo na razie, z tego co widać, poza postawionymi kilkoma rusztowaniami, nic się tam nie dzieje. Może dlatego, że sobota. Otoczony jest również czymś, co kiedyś było pewnie parkiem, a teraz jego wspaniałość przypomina kilka nadgryzionych czasem kolumn, posągów i starych drzew. Naprzeciw zamku po drugiej stronie drogi znajduje się kościół z osiemnastego wieku. Wejście ozdobione jest podwójnym rzędem potężnych kolumn. W parku przykościelnym są również pozostałości po starych dzwonnicach. Trzeba przyznać, że polscy magnaci w przerwach między imprezami parę fajnych rzeczy w na terenie ówczesnej Rzeczpospolitej zbudowali i coś po nich zostało.

Podhorce są małą wioską leżącą na podrzędnej drodze z Brodów do Złoczowa i oprócz kilku kiosków z pamiątkami nic się tu nie znajdzie, a na pewno nic do jedzenia. Pojechaliśmy więc do Złoczowa.

Złoczów

Droga do Złoczowa wiedzie przez dość pofałdowany teren, miejscami można powiedzieć, że prawie górzysty, czyli wyśmienity do stawiania budowli obronnych. Po drodze minęliśmy pozostałość po przyjaźni sowiecko-ukraińskiej - stojące w szczerym polu potężne radary. Podobno już nieczynne. Przynajmniej na takie wyglądały.

Złoczów jest już większą miejscowością. Dużą na tyle, że ma dworzec kolejowy, autobusowy, albo coś na jego podobieństwo, rynek i kilka restauracji. Mogłem w końcu również doładować swój telefon, który nieopatrznie opróżniłem z pieniędzy, gdyż pomyliłem numery wybierając dzwoniąc do Polski na początku 810 zamiast promocyjnego 811. Nawiasem mówiąc będąc tutaj warto zaopatrzyć się w jeden z tutejszych "prepaidów", które pozwalają dzwonić do Polski za około 1,20 hrywny za minutę, co na nasze wychodzi około 45 groszy. Ja korzystam z "Life:)".

Co tu warto zobaczyć? Na pewno zamek - rezydencję króla Jana III Sobieskiego z XVII wieku ze specyficznym "chińskim" pawilonem oraz kilka starych kościołów. Mi czasu starczyło na zwiedzenie zamku.

Zamek nie jest tak wielki jak pałac Koniecpolskich w Podhorcach. Nie wiadomo, czy król był biedniejszy, czy nie było potrzeby budować większego. Poza tym Sobieski miał oprócz tego kamienicę we Lwowie do dyspozycji i kilka pomniejszych zamków i pałaców w okolicach. Czyli mieszkanie w mieście, tam gdzie robota, a rezydencja na wsi. Zupełnie jak w dzisiejszych czasach.

Zamek jest obecnie odrestaurowany, wraz z szańcami obronnymi, z których rozciąga się ładny widok na okolicę. W całości dostępny do zwiedzania za niewielką opłatą, o wiele więcej natomiast kosztuje pozwolenie na robienie zdjęć, zarówno na dziedzińcu, jak i wewnątrz. Wnętrza nie są zbyt bogato wyposażone, ale ciekawie, w stylu myśliwskim, staropolskim, nie wiem jak to nazwać. Podobno był on główną rezydencją królowej Marysieńki, która przebywała tutaj romansując z kim się da, gdy męża zatrzymywały ważne sprawy państwowe. Ale pewnie to tylko plotki.

Z zamku do centrum jest około piętnaście minut piechotą. Autobusy do Lwowa jeżdżą często, kasy autobusowe zamknięte, a pieniądze za przejazd przyjmuje kierowca nie dając w zamian żadnych biletów. Nie wiem, w jaki sposób państwowa komunikacja tutaj jest w stanie funkcjonować, żeby na siebie zarobić, ale jakoś widać funkcjonuje. Na wschodzie obowiązują inne zasady ekonomii.

Droga ze Złoczowa do Lwowa biegnie przez malownicze jary, wąwozy, wzniesienia, panorama jak z sienkiewiczowskiej trylogii. Autobus kończy trasę na dworcu AC-6 tym razem, skąd już prosta droga marszrutką do centrum.

O wrażeniach ze zwiedzania wrześniowego Lwowa przeczytacie klikając na ten link

Inne relacje
Polska
Okolice Przedborza 2020, Potęga Prasy 2008-2015, Jasna Góra, 2000-2009, Pomorze Zachodnie, sierpień 2008, Ochodzita 2007, Beskidy 2006, Oświęcim 2006, Niesulice 2006, Miejsca z delegacji 2000-2007, Sulechów 2005, Rewal 1998-2005, Karpacz 1993
Szwecja
Czekając na wiosnę 2019, Femundsmarka i Fulufjället 2016, Gränna 2012, Örebro 2012, Höga Kusten 2012, Szwecja 2011, Szwecja 2010, Uppsala, kwiecień 2009, Motala rowerem 2009, Östergötland 2009, All along the watchtower, Sztokholm, 12 lipca 2008, Dookoła jeziora Roxen, 19 lipca 2008, Ecopark Omberg, 5 lipca 2008, Vadstena, 21 czerwca 2008, Ekenäs Slott 10-11 maj 2008, Östergotland 2008
Inne
Pijana wiśnia, czyli Lwów po latach, grudzień 2018, Stuttgart wiosenny i gorący, czerwiec 2015, Der "Schwäbische Grand Canyon", czerwiec 2015, Stuttgarckie Winnnice, czerwiec 2015, Jezioro Bodeńskie, maj 2015, Kopenhaga, wrzesień 2012, Tallin, wrzesień 2011, Wiedeń, sierpień 2011, Turku, czerwiec 2010, Ukraina, marzec 2010, Lviv, styczeń 2010, Ukraina zachodnia, październik 2009, Lwów, wrzesień 2009, Helsinki 2009, Litwa, maj 2008, Wiedeń i Morawy 2006, Ahlbeck 2003