W tym właśnie sęk, że Czas nie znosi, aby go zabijano. Gdybyś była z nim w dobrych stosunkach zrobiłby dla Ciebie z twoim zegarem wszystko, co byś tylko chciała.

Lewis Carroll "Alicja w Krainie Czarów"

Podrze

Ukraina, marzec 2010

Żółkiew, 7 marca

Żółkiew jest małym miasteczkiem położonym około 20 kilometrów na północ od Lwowa. Wybrałem się tam szukając wiosny w słoneczne, marcowe, niedzielne przedpołudnie.

Kiedy z dworca autobusowego nr 2 wyjeżdżałem w rytmie ukraińskiego "disco polo" - świeciło słońce. Kiedy dojechałem do Żółkwi - właśnie padał śnieg.

Droga jest malownicza. W oddali ukazują się wzgórza, które wraz z przykrywającym je śniegiem tworzą ciekawe i miłe dla oka krajobrazy. Miasteczko zastałem zupełnie opustoszałe. Wysiadłem z malutkiego autobusu na tyłach byłego klasztoru Dominikanów, mijając po prawej stronie synagogę, obszedłem go dookoła robiąc kilka zdjęć, zajrzałem na podwórze pełne materiałów budowlanych - kościół jest aktualnie remontowany, a co za tym idzie, również zamknięty - i skierowałem się w stronę rynku.

Rynek sprawia fajne wrażenie. Ukazuje się powoli. Najpierw pojawia się zbudowana dzięki fundacji Żółkiewskiego w XVII wieku kolegiata, potem ratusz, a zza ratusza... Góry. Wszystko to razem jest świetnym materiałem pocztówkowym. Na lewo od ratusza jest fragment odrestaurowanych murów miejskich i zamek. Początkowo posiadłość też należała do Żółkiewskich, ale potem była to następna, kolejna już podlwowska posiadłość rodu Sobieskich. Przednia fasada prezentuje się okazale, gorzej jest z tyłu i od strony parku. Jednym słowem - ruina. Dziedziniec to jeden wielki plac budowy, ale z tego co widać tempo prac nie należy do najszybszych. Park również zaniedbany jest bardzo. Na tyłach zamku jest nawet małe boisko piłkarskie, a w całym parku po stopieniu się śniegu ukazały się zwały śmieci i butelek. Koło ściany położono resztki potężnych posągów, przypominających o czasach świetności tego terenu. Warto jednak obejrzeć zamek z tej strony, żeby sobie wyobrazić, jak wspaniały był to kiedyś budynek.

Warto również wyjść za bramę miejską pomiędzy ratuszem a kolegiatą. Zza miejskich murów, nie tylko widać tył pałacu, ale również miasto wraz ze swoimi kościołami prezentuje się okazale i wyniośle. W rzeczywistości nie jest już tak okazałe. W gruncie rzeczy jest rynek pełen zabytków, a potem już tereny podmiejskie i pola. Nie wiem, gdzie tu się pomieściło "przewodnikowe" 14 tysięcy ludzi.

Na rynku w pewnym momencie zaczepił mnie miejscowy, który zaczął opowiadać co mogę zobaczyć w starej bazyliańskiej cerkwi, równie potężnej co kolegiata, ale przyjechałem za wcześnie. Znowu, że w kolegiacie są piękne malowidła, ale żeby je zobaczyć to przyjechałem już za późno. No i że w ogóle, że przyjechałem w nieodpowiednim dniu i o nieodpowiedniej godzinie. Podziękowałem więc panu grzecznie wymawiając się brakiem czasu i zapewniłem go, że na pewno przyjadę kiedy indziej, a wtedy jak jeszcze będzie tu chodził, to chętnie skorzystam z jego usług jako przewodnika. Pomyślałem, że może wtedy będę miał z niego większy pożytek niż z przewodnika Pascala. Z pewnością miasteczko to w okresie od wiosny do jesieni jest pełne turystów. Teraz jednak zima trzymała mocno i wcale nie zamierzała odpuszczać. Kiedy piszę to dwa tygodnie później - nadal pada śnieg i temperatura ledwie przekracza w dzień zero stopni.

Filipiec, 13-14 marca

Zakarpacie to najbardziej na zachód wysunięta część Ukrainy. W X-XI wieku należało do strefy wpłuwów Rusi Kijowskiej. Od XII wieku przez blisko 800 lat stanowiło część północnych Węgier. Jest na tyle odrębne kulturowo, że do tej pory nazwy niektórych miejscowości podawane są w dwóch językach, ukraińskim i węgierskim, a czas liczony jest raczej wg. czasu warszawskiego. Oficjalnie oczywiście uznawany jest czas ukraiński. Obecnie to ciekawa turystycznie i kulturowo część Ukrainy, warto się więc tam wybrać, mając chwilę wolnego czasu.

Jadąc od Lwowa, dd Stryja na południe już są tylko góry. Pociąg jedzie przez piękny krajobraz, co chwila przejeżdżając olbrzymie wiadukty i tunele, mijając położone malowniczo w dolinach wioski. Wszystkie wiadukty i tunele strzeżone są przez uzbrojonych żołnierzy. Miejscowa kolej, mimo że wybudowana jeszcze w czasach CK-monarchii, jest ciągle strategiczna dla Ukrainy, a strażnice pozostały jeszcze po Związku Radzieckim.

Wagony w pociągach ukraińskich są nieco szersze i dłuższe niż polskie. Przy zachowaniu wygody siedzenia w starym poczciwym EN-57 i przejściu mniej więcej tej samej szerokości zostaje miejsca na dwa rzędy trzymiejscowych siedzeń. Do tego obowiązkowy wagon pierwszej klasy, który jest tutaj również wagonem restauracyjnym, gdzie za cztery hrywny można kupić herbatę czy kawę. Podróż urozmaicają róznego rodzaju żebracy, handlarze żywności i napojów, zarówno sklepowych, jak i swojskiej roboty, a równiez przygodni śpiewacy i kabareciarze. Co ciekawe, rozkład jazdy ukraińskich pociągów można sprawdzić na www.pkp.pl.

Ze stacji w Wołowcu przemieściliśmy się z grupą znajomych busem do Filipca, jednego z głównych ośrodków sportów zimowych w tej części Ukrainy. Wołowiec na pierwszy rzut oka nie wywarł na mnie piorunującego wrażenia, ale prawdę mówiąc nie miałem czasu na dłuższe obserwacje.

Filipiec to jeden z większych ośrodków sportowych na Zakarpaciu. Najwyższy szczyt w tej części gór to Stoh o wysokości 1681 metrów, ale z Filipca można wygodnie wyciągiem krzesełkowym wjechać na nieco mniejszą górę, mierzącą 1516 metrów.

Niestety nie miałem szczęścia do pogody i ze szczytu za wiele widać nie było. Do tego był dość silny mróz i wiało jak w kieleckim (bez obrazy dla kieleckiego). Ale już nieco niżej warunki do uprawiania sportów zimowych były znakomite. Choć również niewiele było widać.

Wydatki pieniężne na Zakarpaciu podobne jak we Lwowie. Szczególnie w przypadku jedzenia, choć akurat w tym wypadku poniosłem większe wydatki, wynikające przede wszystkim z mojej niedostatecznej znajomości języka ukraińskiego. Zamówiłem sobie pieczonego karpia faszerowanego warzywami i, owszem, dostałem... Całego przeszło półkilowego karpia. Starałem się ze wszystkich sił, ale ilość jedzenia mnie przerosła. Nie pomogło nawet wspomaganie piwem. A jeszcze nieopatrznie zamówiłem do tego przetłuste frytki.

Ogólnie jedzenie na Ukrainie jest tłuste. Do większości potraw dodawana jest łyżka tłustej śmietany, ziemniaki i mięso kraszone są dużą ilością oleju, a najlepszym ukraińskim sposobem na zachowanie zdrowia do późnej starości jest słonina (sało) z cebulą. Ciekawe, co na to unijni specjaliści od zdrowego żywienia.

Jajecznica na boczku, którą jadłem na śniadanie, okazała się kompletem trzech jaj sadzonych z dodatkiem kawałków boczku. Sadzonych, jakżeby inaczej, w głębokim tłuszczu. Ot, inne podeście do jajecznicy niż w Polsce.

Koniak Zakarpacki - chyba najbardziej ulubiony napój na tutejszych stokach narciarskich. Na straganach tuż przy wyciągu można kupić 50 gram za dziesięć hrywien. Ale można go kupić w butelkach we Lwowie, tylko trzeba pamiętać, żeby nie przekroczyć limitu podczas przekraczania granicy (można teoretycznie przewieść tylko litr wódki).

Przepyszne są naleśniki. W wielu postaciach: z miodem, z jagodami i ze śmietaną, z grzybami, z zagęszczonym mlekiem, z mięsem i wiele innych.

Kolejny dzień przeznaczyłem na wycieczkę do wodospadu "Szept Karpat". Jest pięknie położony pośród gór, a zimowy wystrój nadaje mu specyficznego uroku i grozy. Woda, jak to zimą, lodowata, co jednak nie przeszkodziło jednemu rosyjskiemu turyście rozebrać się do kąpielówek i wziąć zimny prysznic. Ciekawe, czy miał jakieś przygotowanie w "stowarzyszeniu Morsów" lub innej grupie miłośników zimnej wody w Rosji.

Komercja dociera powoli również tutaj. Mnóstwo wypożyczalni sprzętu narciarskiego, nawet w formie przewoźnej na pace starych zdemilitaryzowanych GAZ-ów 66. Przy bardziej uczęszczanych szlakach coraz więcej straganów z miejscowymi atrakcjami: cepelią, suszonymi ziołami, tutejszymi miodami, czy suszonymi owocami. Nowoczesne domy i pensjonaty wplatają się w krajobraz jakby żywcem wzięty ze skansenu "Gaj Szewczenki" we Lwowie. Warto pamiętać tylko, że w tych drewnianych zagrodach toczy się codzienne, rzeczywiste życie.

Inne relacje
Polska
Okolice Przedborza 2020, Potęga Prasy 2008-2015, Jasna Góra, 2000-2009, Pomorze Zachodnie, sierpień 2008, Ochodzita 2007, Beskidy 2006, Oświęcim 2006, Niesulice 2006, Miejsca z delegacji 2000-2007, Sulechów 2005, Rewal 1998-2005, Karpacz 1993
Szwecja
Czekając na wiosnę 2019, Femundsmarka i Fulufjället 2016, Gränna 2012, Örebro 2012, Höga Kusten 2012, Szwecja 2011, Szwecja 2010, Uppsala, kwiecień 2009, Motala rowerem 2009, Östergötland 2009, All along the watchtower, Sztokholm, 12 lipca 2008, Dookoła jeziora Roxen, 19 lipca 2008, Ecopark Omberg, 5 lipca 2008, Vadstena, 21 czerwca 2008, Ekenäs Slott 10-11 maj 2008, Östergotland 2008
Inne
Pijana wiśnia, czyli Lwów po latach, grudzień 2018, Stuttgart wiosenny i gorący, czerwiec 2015, Der "Schwäbische Grand Canyon", czerwiec 2015, Stuttgarckie Winnnice, czerwiec 2015, Jezioro Bodeńskie, maj 2015, Kopenhaga, wrzesień 2012, Tallin, wrzesień 2011, Wiedeń, sierpień 2011, Turku, czerwiec 2010, Ukraina, marzec 2010, Lviv, styczeń 2010, Ukraina zachodnia, październik 2009, Lwów, wrzesień 2009, Helsinki 2009, Litwa, maj 2008, Wiedeń i Morawy 2006, Ahlbeck 2003